środa, 11 marca 2015

Durarara!! tom 1 - Ryohgo Narita, Akiyo Satorigi





Tytuł: Durarara!!
Autor: Ryohgo Narita (scenariusz), Akiyo Satorigi (ilustracje)
Tom: 1
Wszystkich tomów: 4
Stan aktualny (JP): seria zakończona
Wydawnictwo: Waneko
Liczba stron: 178
Ocena: =5/5





Tytułem wstępu:
Kiedy przed kilkoma laty oglądałam Durarara!! miałam mieszane uczucia. Moi znajomi oszaleli na punkcie anime, a ja zwyczajnie nie mogłam zrozumieć, co tak bardzo ich w tym fascynuje. A jednak oglądałam dalej, do samego końca. Właśnie to skłoniło mnie by powrócić do tego tytułu i przyjrzeć się jego innej odsłonie – mandze. Myślę, że było to naprawdę dobre posunięcie, ponieważ po tych wszystkich latach zaczęłam dostrzegać to, co wtedy zwyczajnie mi umykało bądź było poza moim zasięgiem. Jest zbyt wcześnie by ocenić mój stosunek do tego tytułu, ale na pewno spojrzałam na Durarara!!z zupełnie innej perspektywy.

Sneak peek:
Pochodzący z niewielkiej mieściny Ryugamine Mikado przyjeżdża do Tokio by rozpocząć naukę w liceum. Jego przewodnikiem po mieście jest przyjaciel z dzieciństwa, Kida Masaomi, i to właśnie dzięki niemu Mikado małymi kroczkami poznaje zupełnie mu obcy świat wielkiej metropolii. Podniecony wizją przygody i początkowo przestraszony, zaczyna stawiać pierwsze kroki na drodze ku czemuś nowemu, poznaje miasto, ludzi, których należy unikać oraz tych, z którymi warto się trzymać. Nawet miejska legenda – czarny motor – omal nie rozjeżdża go na pasach, co stanowi dla nastolatka niejaką atrakcję i powód do dumy. Tymczasem miasto i jego mieszkańcy żyją własnym życiem, które pozostaje w bliskiej komitywie ze śmiercią. W końcu urodzić można się tylko w jeden sposób, ale umrzeć na tysiące.

Fabuła? Jaka fabuła?!
Kiedy myślę o Durarara!!,momentalnie zaczynam zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę zostało tam ukazane, w jaki sposób i do czego zmierzają wszystkie te drobne wydarzenia, które składają się na tę historię. Czy tam naprawdę coś się dzieje? Czy możemy wyodrębnić jakąś realną fabułę? Odpowiedź wcale nie musi być twierdząca, jak pokazuje przykład UlissesaJamesa Joyce'a. Choć mamy do czynienia z mangą, która niewiele ma wspólnego z tą niecodzienną powieścią, to jednak skojarzenie nasuwa mi się samo. Ot, pozornie nudny tytuł podbija cały świat, a to oznacza, że ma w sobie coś innowacyjnego, wyjątkowego i najwyraźniej ciekawego. Przyznaję, że muszę się z tym zgodzić, chociaż nie nasuwa mi się żadne logiczne wyjaśnienie takiego stanu rzeczy. Gdzie tkwi ten magiczny magnes, który przyciąga czytelnika do tytułu tak charakterystycznego w swojej daleko rozwiniętej pasywności? Co tak naprawdę kryje w sobie Durarara!!jeśli nie jest to fabuła? Szukajmy dalej.


„Wieśniak” w wielkim mieście:
Postać Mikado bez wątpienia stanowi element napędowy przedstawionej w tym tomie historii, jednakże jest on zaledwie pionkiem na ogromnej planszy niebezpiecznej, kipiącej życiem metropolii. Przedstawione w Durarara!!dzielnica Tokio Ikebukuro to pajęcza sieć, którą otaczają paskudne ośmionogi, gotowe w każdej chwili zaatakować nierozważną muchę. I to właśnie stanowi niejako esencję tego tomu – niebezpieczne miasto-pułapka, które ukrywa przed potencjalnymi ofiarami przyczajone drapieżniki gotowe zaatakować w najmniej spodziewanym momencie i w najdziwniejszy sposób. Nasza mucha doskonale zdaje sobie z tego sprawę i wydaje się być taka, jak każda zwyczajna osoba, która wyrwie się ze swojej wioski czy małego miasteczka by utonąć w zgiełku i anonimowości wielkiego miasta. Podniecenie i chęć przeżycia przygody mieszają się ze strachem przed czyhającymi wszędzie niebezpieczeństwami. Oto i jedna z niewątpliwych zalet tej serii – doprawione elementem paranormalnym miejskie życie oraz wyrwany z zatęchłej dziury spokojny nastolatek, który musi dopiero oswoić się z zasadami panującymi w tej ogromnej dżungli.

„Ja z kasztana, ty z kasztana”, czyli bohaterowie:
Jedną z najmocniejszych stron mangi są bez wątpienia postaci, których różnorodność zauważamy już w tym tomie. Każda z nich ma w sobie coś wyjątkowego i niezwykle charakterystycznego, miejscami nawet szalonego. Najistotniejsze jest jednak to, że granica między dobrym i złym jest zatarta, co uniemożliwia jakąkolwiek sensowną ocenę bohaterów po tym kątem. Jeśli już mielibyśmy pokusić się o kryterium klasyfikacji to najpewniej posłużyłyby za nie poziom stwarzanego zagrożenia oraz stojąca za poszczególnymi czynami motywacja. Prawdę powiedziawszy, niewiele więcej możemy wycisnąć z tego pierwszego tomu, ponieważ nawet postaci już wprowadzone prezentują się mgliście i są zaledwie półprzezroczystymi duchami. Niemniej jednak, jedno przyznać trzeba. Wprowadzenie do historii mitologicznego jeźdźca bez głowy, dullahana, było interesującym posunięciem, na którego rozwinięcie na pewno warto czekać.

„We're all mad here”:
Powiedzmy sobie prawdę, Durarara!!jest istną metaforą szaleństwa. Te dwa słowa są sobie tak bliskie, że tylko osoba nieznająca zupełnie tego tytułu mogłaby zastanawiać się o co właściwie chodzi. Bardzo wolno rozwijająca się historia o wątpliwej fabule, czasami ekstremalnie ekscentryczne postaci, pozbawione sensu tytuły poszczególnych rozdziałów („łał!”, „łałał!” itd.), samobójcy umawiający się na wspólne umieranie, miejska legenda robiąca za chłopca na posyłki... W tej mandze nic nie jest do końca normalne. Zresztą, czego innego spodziewać się po pozycji, która narzuca nam skojarzenie z Alicją w Karinie Czarów. Mała dziewczynka podąża za białym królikiem do jego norki i przenosi się do szalonego świata Krainy Czarów – Ryugamine Mikado idąc śladami swojego dawnego przyjaciela przenosi się do Tokio i trafia prosto na szaloną dzielnicę Ikebukuro.


„Kolorowe kredki”:
Graficznie Durarara!!prezentuje się dobrze. Nie ma fajerwerków, ale także nasz zmysł estetyczny nie umiera boleśnie i w konwulsjach za każdym razem, kiedy patrzymy na ilustracje. Bohaterów charakteryzują zaokrąglone policzki, które dodają im odrobinę dziecięcego uroku, a niektórzy z nich mogą pochwalić się także długimi, naprawdę długimi, nogami, co zauważamy już na obwolucie, choć w tomiku zdecydowanie nie rzuca się to tak w oczy. Kreska sama w sobie jest stosunkowo prosta i wyważona w liczbie szczegółów, jak to zazwyczaj w tytułach shounenbywa, tak więc powodów do narzekań nie ma wielu.

Tak więc...:
„[...]- Tu wszyscy jesteśmy szaleni. Ja jestem szalony, ty jesteś szalona.
- Skąd wiesz, że jestem szalona? - spytała Alicja.
- Musisz być. - powiedział Kot - Inaczej nie przyszłabyś tu. „
(Lewis Carroll, "Alicja w Krainie Czarów")


A Ty, drogi Czytelniku? Jesteś szalony? Sięgniesz po Durarara!!? Myślę, że powinieneś.


poniedziałek, 9 marca 2015

Sekaiichi Hatsukoi tom 1 - Shungiku Nakamura




Tytuł: Sekaiichi Hatsukoi
Podtytuł: Przypadek Ritsu Onodery
Tytuł alternatywny: Sekai Ichi Hatsukoi - Onodera Ritsu no Baai
Autor: Shungiku Nakamura
Tom: 1
Wszystkich tomów: 9
Stan aktualny (JP): seria powstająca
Wydawnictwo: Waneko
Liczba stron: 194
Ocena: =5/6




Tytułem wstępu:
Sekaiichi Hatsukoi to manga, na której wydanie czekało naprawdę wiele osób, chociaż już chyba nie tak liczne grono naprawdę wierzyło, że jakikolwiek tytuł Shungiku Nakamury pojawi się na naszym rynku. Tę konkretną pozycję wydano między innymi po angielsku, niemiecku, a nawet francusku, jednakże w Polsce wciąż pozostawała odległym marzeniem. W końcu za sprawą wydawnictwa Waneko stał się cud, którego owoc mam okazję dla Was zrecenzować. Panie i Panowie, chłopcy i dziewczęta, oto pierwszy tom Sekaiichi Hatsukoi!

Sneak peek:
Chcąc udowodnić światu ile naprawdę jest wart, zajmujący się dotąd literaturą Onodera Ritsu jest zmuszony zmienić miejsce pracy. Za cel obrał sobie wydawnictwo Marukawa, które przyjmuje go wprawdzie w swoje szeregi, jednakże zamiast do działu z literaturą, odsyła go do gałęzi zajmującym się mangami shoujo. Biedny chłopak nawet nie podejrzewał, jak bardzo z tego powodu może skomplikować się jego życie. Trafiając do różowego piekła romansów dla dziewcząt i będąc „błogosławionym” między mężczyznami, naprawdę ma wiele powodów do narzekań. Mimo wszystko, postanawia podjąć wyzwanie, przynajmniej na okres dwóch tygodni. Sytuacja staje się niestety zdecydowanie bardziej skomplikowana, kiedy okazuje się, że uciążliwy i ekscentryczny naczelny to nikt inny, jak tylko dawny obiekt namiętnych westchnień Onodery, przyczyna miłosnej traumy i główny powód zamknięcia serca na romantyczne uniesienia. Czy może być gorzej? Oczywiście i biedny Ritsu przekona się o tym na własnej skórze.


Sekaiichi Hatsukoi sposobem na nieśmiertelność:
Jeżeli prawdą jest, że śmiech ma moc przedłużania życia, to czytelnicy Sekaiichi Hatsukoi już teraz mogą uważać się za osoby długowieczne, co jest zasługą naprawdę sporej dawki humoru, jaką tytuł ten został naszpikowany. W tym miejscu muszę oddać sprawiedliwość polskiej wersji, ponieważ nic tak nie bawi czytelnika, jak humor w rodzimym języku. Z tego też powodu, lekturze pierwszego tomu serii towarzyszy bardzo wiele pozytywnych emocji, które sprawiają, że szeroki uśmiech nie schodzi nam z twarzy nawet na chwilę. Absurd, humor i świetna zabawa – tak w skrócie możemy określić ten tom. Naturalnie pojawiają się już wyraźne zapowiedzi poważniejszych treści, które odcisną swoje piętno na tej historii, jednakże ich siła nie jest wystarczająca by zmusić nas do powagi. Możemy więc śmiać się bez zobowiązań i strachu przed złamaniem naszego czytelniczego serduszka dramatycznymi wydarzeniami. Myślę, że to istotne, ponieważ komedia traci swoje komediowe właściwości, jeśli jest zbyt ciężka. Na szczęście w tym tomie nam to nie grozi.

Stara miłość nie rdzewieje:
W mandze motyw pierwszego wielkiego uczucia nie jest niczym nowym i można go z powodzeniem znaleźć w niezliczonych tytułach różnych gatunków. Nikogo nie zdziwi więc fakt, że i tutaj odgrywa on niezwykle ważną rolę. Czy jest jednak coś, czym Sekaiichi Hatsuoi wyróżnia się na tle innych mang? Z całą pewnością i mam wrażenie, że czymś takim jest właśnie sposób, w jaki autorka odnosi się do ożywającej na nowo dawnej miłości. W tym kontekście, nie bez znaczenia okazuje się fakt, iż nasi bohaterowie pracują w dziale mang shoujo, albowiem Shungiku Nakamura ukazuje konflikt między uczuciem rodem z takiego romansu oraz męską dumą i zwyczajną upierdliwością. Wyobraźcie sobie ociekającego testosteronem bisha walczącego z plagą różowych kwiatuszków i czerwonych serduszek, które jak na złość bezustannie go otaczają – oto i obraz miłości ukazanej w Sekaiichi Hatsukoi. Czytelnik wie doskonale, że jest to tylko walka z wiatrakami, jednakże Ritsu Onodera, którego dumę i zaciętość uosabia wspomniany przed chwilą boski przystojniak, to typ beznadziejnie uparty i będzie bronił się wszelkimi sposobami przed tym romantycznym uczuciem, będącym mu kulą u nogi. Krótko mówiąc, istna manga shoujo w krzywym zwierciadle.


„Ja z kasztana, ty z kasztana...”, czyli bohaterowie:
O postaciach kreowanych przez Shungiku Nakamurę powiedzieć można wiele, jednakże najistotniejsze wydaje mi się to, że autorka doskonale wie, w jaki sposób sprawić by czytelnik zwyczajnie uwielbiał jej bohaterów. W Sekaiichi Hatsukoi widzimy szablon, według którego powstają – młodzi, interesujący, łatwo ulegający silnym emocjom, a do tego naprawdę zabawni – oraz wyczuwamy tę ulotną magię, która rozbudza w nas szczerą sympatię względem nich. Przykładem może być już sam Onodera Ritsu, który chociaż inteligentny, ambitny i czarujący, jest również chodzącym gniewnym osłem, co budzi w czytelniku instynkt macierzyński. Z drugiej strony pojawia się postać Masamune Takano, utalentowanego, niezwykle bezpośredniego i nieprzebierającego w środkach tyrana, który odkrywa naszą sadystyczną naturę, sprawiającą, że naprawdę lubimy patrzeć, jak stawia pod murem biednego Ritsu. Powiedzcie sami, jak tu ich nie kochać?

„Kolorowe kredki”:
Sekaiichi Hatsukoi to pierwsza na naszym rynku manga Shungiku Nakamury, toteż wypada poruszyć kontrowersyjny temat kreski, o której chyba już od dawna krążą miejskie legendy. Styl mangaki jest bardzo charakterystyczny, jako że proporcjonalność ludzkiego ciała zostaje u niej zachwiana w sposób niezwykle specyficzny. Jej bohaterowie słyną przede wszystkim z bardzo dużych dłoni, co z powodzeniem zauważamy w tym tomie. Czytelnik nieprzyzwyczajony do tej kreski poczuje zapewne ból w sercu, jednakże z czasem przyzwyczai się do tych „proporcjonalnych nieścisłości” i przestanie zwracać na nie uwagę. Podobnie ma się sprawa z nogami jak pieńki i innymi graficznymi kwiatkami. Mimo wszystko, styl nie jest najgorszy i naprawdę da się to przeżyć, czego dowodem jest ogromne grono fanów mangaki. Do tematu warsztatu artystycznego pani Nakamury na pewno jeszcze powrócę przy okazji kolejnych tomów, ponieważ jest tu sporo do napisania, a zdecydowanie lepiej będzie poprzeć to konkretnymi przykładami zamiast wybiegać w przód.


Magia słów?:
Co nieco muszę napisać również o tłumaczeniu, jako że w pewnym momencie naprawdę zaczęło przykuwać moją uwagę. Tym, co podczas lektury narzucało się niemal nachalnie był brak jednolitości w wypowiedziach. Chodzi mianowicie o fakt, iż z jednej strony pojawiają się całkiem normalne, chociaż często potoczne dialogi, zaś z drugiej możemy zaobserwować wręcz przesadne nagromadzenie fraz slangowych, które przejdą niezauważone, gdy sprawa dotyczy postaci współczesnego nastolatka, jednakże padając z ust mężczyzny 25+ zgrzytają jak piasek w zębach. Narzuca się więc pytanie, czym kierowały się panie tłumaczki: własnym doświadczeniem zawodowym, a może przewidywanym wiekiem czytelników? Naprawdę chciałabym to wiedzieć, ponieważ czytając Sekaiichi Hatsukoiczułam się niewyobrażalnie staro, a przecież nie dobiłam jeszcze do trzydziestki. Mam cichą, choć niewyobrażalnie ogromną nadzieję, że w przyszłych tomach ton tłumaczenia ulegnie zmianie i będzie łatwiejszy do strawienia dla czytelnika dojrzalszego.

Tak więc...:
Sekaiichi Hatsukoi jest jakie jest i prawdę powiedziawszy, czytelnik albo tę pozycję uwielbia, albo omija ją wielkim łukiem. Z pewnością nie możemy tu mówić o mandze wielkich lotów, ale mamy do czynienia z tytułem podbijającym serca humorem i lekkością, który sprawdzi się idealnie w sytuacjach kryzysowych, kiedy to pragniemy odreagować jakoś stres codzienności. Osobiście jestem zwolenniczką tej mangi i naprawdę ją polecam, ponieważ jest niezawodną komedią z wyraźnie rysującym się wątkiem yaoi.


sobota, 7 marca 2015

Test: Który z bohaterów „Bisu. Ognista Salamandra” jest Twoją bratnią duszą?

Odpowiedz na pytania i sam się przekonaj!

Więcej o serii: *KLIK*


1. Twoją najbardziej charakterystyczna cecha to:
A) Łagodne serce
B) Upierdliwość
C) Uroda

2. Uwielbiasz:
A) Taką jedną osóbkę <3
B) Dogryzać
C) Bawić się

3. Najbliżej Ci do:
A) Obieżyświata
B) Sługi
C) Lekkoducha

4. Twoją największą wadą jest:
A) Wybuchowość
B) Wredność
C) Nieodpowiedzialność

5. Jedną z Twoich broni jest:
A) Siła
B) Cięty język
C) Uroda

6. Grzeszek, który jest Ci najbliższy:
A) Rozwiązłość
B) Obżarstwo
C) Próżność

7. Uważasz, że :
A) Potrafisz dostosować się do każdej sytuacji
B) Wszędzie Cię pełno
C) Pogodą ducha nie masz sobie równych

8. Służysz:
A) Ukochanej osobie
B) Sile wyższej
C) Ludziom

9. Którą z baśni lubisz najbardziej?
A) „Królewna Śnieżka”
B) „Żabi król”
C) „Kopciuszek”

10. Twój żywioł z podanych trzech to:
A) Ziemia
B) Ogień
C) Powietrze

11. Twój strój musi być:
A) Wygodny
B) Szykowny
C) Zwiewny

ROZWIĄZANIE:

NAJWIĘCEJ ODPOWIEDZI A: DALLAK


NAJWIĘCEJ ODPOWIEDZI B: BISU


NAJWIĘCEJ ODPOWIEDZI C: TILLI


TYLE SAMO ODPOWIEDZI A I B? PYTANIE DODATKOWE:
Potrafisz wyobrazić sobie życie bez wygłaszania kąśliwych komentarzy?
A) Oczywiście! (Dallak)
B) To tak się da? (Bisu)

TYLE SAMO ODPOWIEDZI A I C? PYTANIE DODATKOWE:
Kiedy się zakochasz:
A) Świat nabiera żywszych barw i jest piękniejszy (Dallak)
B) Tak naprawdę zmienia się wtedy niewiele (Tilli)

TYLE SAMO ODPOWIEDZI B I C? PYTANIE DODATKOWE:
Jesteś:
A) Wolny jak ptak, nic Cię nie trzyma w jednym miejscu (Bisu)
B) Ograniczony obowiązkami i więzami rodzinnymi (Tilli)



*Fragmenty artów pochodzą ze strony deviantart autorki, na którą serdecznie Was zapraszam: *KLIK*

Zakochany tyran tom 7 - Hinako Takanaga





Tytuł: Zakochany tyran
Tytuł alternatywny: Koi Suru Boukun, The Tyrant Who Falls in Love
Autor: Hinako Takanaga
Tom: 7
Wszystkich tomów: 9
Stan aktualny (JP): seria zakończona?
Wydawnictwo: Kotori
Liczba stron: 162
Ocena: 6/6



„Ani różnica poglądów, ani różnica wieku, nic w ogóle nie może być powodem zerwania wielkiej miłości. Nic, prócz jej braku.” Maria Dąbrowska („Przygody człowieka myślącego”)

Morinaga nie od dziś jest niepoprawnym optymistą, który wierzy, że jego miłość znajduje się na doskonałej drodze do wielkiego, szczęśliwego finału w klimacie lovey dovey. Niestety nie ma pojęcia, co czai się w umyśle obiektu jego westchnień, a więc na istnym polu bitwy, gdzie umysł zaczyna ulegać naporom serca. Dla Tatsumiego to zbyt wiele, co skutkuje częstymi atakami złości i dezorientuje zatroskanego Morinagę. Jakby sytuacja nie była jeszcze wystarczająco skomplikowana, na horyzoncie pojawia się Masaki, którego przybycie jest powodem niemal euforycznej radości byłego kochanka. Nie trudno się domyślić, że porywczy Tatsumi, który zna doskonale historię dawnej miłości Morinagi, nie będzie zachwycony odwiedzinami, zaś jego choleryczny charakter da o sobie znać ze zdwojoną siłą.

Tatsumi od początku był bardzo trudnym i wyjątkowo opornym przypadkiem, który trzymał się swojej homofobii z całych sił i za nic nie chciał puścić. Niemniej jednak, w pewnym momencie jakby dał za wygraną i machnął ręką na upodobania seksualne upartego jak osioł Morinagi. Przyzwyczajenie i mimowolna sympatia względem młodszego mężczyzny przeważyły nad niechęcią, jednakże nie zmieniły specjalnie ich sytuacji. Tetsuhiro w dalszym ciągu jest żywym workiem treningowym, a wszystko dlatego, że z pasją równą tej, z którą wcześniej Tatsumi wydawał się nienawidzić homoseksualistów, odrzuca teraz swoje uczucia. Bezustanna walka jest drugą naturą tej postaci i właśnie to wydaje się być głównym tematem tego tomu. Nasz bohater zaciekle zmaga się ze świadomością swojej miłości, której nie chce zaakceptować, co wyzwala w nim negatywne uczucia. Czytelnik widzi to i doskonale rozumie, jednakże nie zagłębia się przesadnie w psychikę tej postaci, ponieważ sam Tatsumi nie ma pojęcia, co się z nim dzieje. Tak jak organizm zaczyna bronić się przed infekcją, tak i on mimowolnie barykaduje się za wściekłością, furią, sprawiającymi innym ból słowami. Im bliżej jesteśmy końca serii, tym gwałtowniejszy się staje, niczym diabeł w czasie egzorcyzmów. I to właśnie sprawia, że „Zakochany tyran” wciąż jest tytułem wyjątkowym, w którym bohaterowie ewoluują w miarę ukazywania się kolejnych części.

Pisząc o Tatsumim w kontekście siódmego tomu, nie można pominąć niezwykle istotnego tematu, jakim jest zazdrość, na którą nasz bohater tak naprawdę nie jest gotowy. Do tej pory, problem ten dotyczył w głównej mierze Morinagi, co było całkiem zrozumiałe. Teraz zazdrość staje się udziałem Souichiego i jak wszystkie odczuwane przez niego emocje, jest silna, gwałtowna i niemal szalona. Wyobraźcie sobie zazdrosnego choleryka. Czy nie kojarzy się Wam to z fajerwerkami wybuchającymi w zamknięty pomieszczeniu? Właśnie w taki sposób oddała ten problem Hinako Takanaga i sądzę, że zrobiła to naprawdę wiarygodnie. Nasz bohater i bez tego był wulkanem złości, zaś teraz wprost strzela w twarz śrutem przykrych słów i wydaje się nie mieścić w sobie całej tej wściekłości, jaką budzi w nim zazdrość. Tym samym, „Zakochany tyran” zamienia się w szalejące tornado emocji, a o optymizmie i humorze możemy na dłuższą metę zapomnieć. Jeśli chcecie wiedzieć, w jaki sposób autorka postanowiła poskromić ten bezlitosny żywioł, musicie sięgnąć po ten i następny tom. Nie będziecie żałować!


Patrząc na tę część naszej historii zastanawiam się poważnie, gdzie się podziała ta zabawna komedia z elementami dramatu, którą do tej pory czytaliśmy. Role się odwróciły i teraz to dramat dominuje. A wszystko dlatego, że to, co wydawało się poukładane, nagle zaczyna się rozsypywać, jak ciężko chory człowiek, który przed śmiercią czuje się lepiej by niespodziewanie odejść z tego świata. W „Zakochanym tyranie” jest to naprawdę spora zmiana i raczej nie mogliśmy się tego spodziewać, choć czasami było już ciężko i Morinaga musiał swoje wycierpieć. Przyznam jednak, że swoistym ostrzeżeniem dotyczącym tonu siódmej części z pewnością jest okładka, na której rzucają się w oczy smutne miny bohaterów. Osobiście zwróciłam na to uwagę od razy, jednakże nie spodziewałam się, że będzie na tyle poważnie i tak przygnębiająco. Do tej pory pojawiały się już większe lub mniejsze elementy dramatu, które teraz nałożyły się na siebie i prawdę mówiąc, jest to naprawdę mocna strona tego tomu, chociaż niecodzienna i w konsekwencji, czytelnik niewątpliwie czuje się trochę nieswojo, kiedy nagle uśmiech spełza mu z twarzy.

Niemniej jednak, autorka posłużyła się również połowicznym kontrastem dla tych depresyjnych wydarzeń, jako że w życiu Morinagi zaczyna układać się to, co od lat było w rozsypce. Problemy znane czytelnikowi z poprzednich tomów „Zakochanego tyrana”, gdzie były one naszkicowane, znowu stają się dominującym elementem, z tą różnicą, że teraz pozwalają zamknąć pewien bolesny rozdział życia. Tak przynajmniej powinno być, gdyby nie mały szkopuł – wspomniane już przeze mnie problemy. Tym samym, pozytywny składnik tomu jest słodko-gorzki, co również oddala od nas wspomnienie wcześniejszych zabawnych części. Mangaka ostrzega nas poprzez to, że potrafi tworzyć także dołujące historie, toteż powinniśmy mieć się na baczności.


Reasumując, w siódmym tomie czytelnik otrzymał od Hinako Takanagi coś zupełnie innego, niż do tej pory, a przy tym nie może narzekać na nudę, ponieważ bogata w emocje intryga miłosna zaogniła się naprawdę poważnie. Ton mangi wykonał zwrot o 180 stopni i przyznam, że żadna z wydanych wcześniej części nie kończyła się tak emocjonująco i dramatycznie jak ta. Tym samym, jest to jeden z najlepszych tomów.


czwartek, 5 marca 2015

Nim rozkwitną kwiaty tom 1 - Shoko Hidaka





Tytuł: Nim rozkwitną kwiaty
Tytuł oryginalny: Hana wa Sakuka
Autor: Shoko Hidaka
Tom: 1
Wszystkich tomów: 6
Stan aktualny (JP): seria zakończona
Wydawnictwo: Yumegari
Liczba stron: 210
Ocena: 6/6






O tym, że „Nim rozkwitną kwiaty” to boys love nikomu przypominać nie trzeba, ponieważ takie wieści rozchodzą się szybko. Zapewne wiele osób już od dawna ma ten tytuł na swojej liście pozycji, którymi warto się zainteresować bądź które należy omijać wielkim łukiem. Niestety nie każdy pamięta, że preferencje seksualne bohaterów nie stanowią o walorach wybranej mangi. Tak jest z pewnością w przypadku tego tytułu, który przede wszystkim należy do grupy mang obyczajowych, określanych mianem okruchów życia, zaś wątek romantyczny zajmuje tu dopiero drugie miejsce. I to naprawdę warto zapamiętać.

Niemal czterdziestoletni Kazuaki Sakurai to przykład typowego pracoholika pozbawionego życia prywatnego. Cały swój czas poświęca agencji reklamowej, co zamyka go w ramach codziennej rutyny. Pewną odskocznią od tej nieustającej nudy okazuje się nieszczęśliwy wypadek, kiedy to przepracowany, zmęczony i humorzasty mężczyzna zderza się z aroganckim studentem. Efektem tego bliskiego spotkania jest nie tylko mokre ubranie, ale również zalane dokumenty niezbędne do pracy oraz bezcenny, trudno dostępny magazyn. Czyny studenta prześcigają myśli wściekłego mężczyzny i zanim ten ostatni w ogóle pojmie co się dzieje, już jest w domu nieznajomego, skąd zostaje ostentacyjnie wyproszony już z czystym, suchym ubraniem i nienaruszonym magazynem. Tych dwoje na pewno nie przypadło sobie do gustu, ale jak to już z losem bywa – lubi robić na złość, toteż Sakurai oraz bezczelny student, Youichi Minagawa, spotkają się jeszcze nie raz, w równie wojowniczych nastrojach.


Niemal każda manga ma w sobie coś szczególnego, co może wyróżniać ją na tle innych: kreskę, fabułę, bohaterów, świat przedstawiony, sposób ukazania miłości – wymieniać można w nieskończoność. Tym, co stanowi o sile „Nim rozkwitną kwiaty” jest wgląd w zwyczajne życie przeciętnych Japończyków, wokół którego Shoko Hidaka buduje swoją historię. Pozwalam sobie w tym miejscu na uogólnienie, choć myślę, że nie jest ono aż tak dalekie od prawdy. Zresztą, czytelnik jest świadkiem wydarzeń, które mogłyby mieć miejsce wszędzie, zaś ich bohaterów z powodzeniem możemy mijać każdego dnia w drodze do pracy, szkoły, na zakupy, ponieważ ten scenariusz nie jest zarezerwowany wyłącznie dla Japonii. Wracając do tematu, z perspektywy pracoholika przyglądamy się jego codzienności zawodowej, samotnym powrotom do domu, rutynie życia codziennego, a także nagłym zmianom, które zaczynają wywracać wszystko do góry nogami, by w końcu doprowadzić do zaskakujących wniosków. Widzimy, jak przypadek łączy ze sobą drogi dotąd obcych sobie ludzi, którzy nagle zaczynają mieć wpływ na nudną i powtarzającą się bezustannie codzienność innych. I to właśnie uważam za największy plus tego tytułu – życie usytuowane w samym centrum historii.


Kolejnym ogromnym atutem „Nim rozkwitną kwiaty” jest sposób, w jaki emocje i uczucia splatające się w jedno, choć wydają się sobie zaprzeczać. Shoko Hidaka dobrała je w sposób bardzo oryginalny, dostrzegła w nich zależności, które innym zdawały się umykać. Większość tytułów ukazuje wątek romantyczny zaczynający się od pierwszego spojrzenia bądź od niechęci, która przeradza się w coś odwrotnego w miarę bliższego poznania. W tej mandze, a przynajmniej w tym tomie, gwałtowne negatywne emocje są symptomami świadczącymi o głębokim zainteresowaniu drugą osobą. Zdenerwowanie, złość, wściekłość stanowią przeciwieństwo obojętności i właśnie one są dowodami uczucia, które trzeba w sobie odkryć. Można powiedzieć, że podniesiona adrenalina okazuje się afrodyzjakiem i kiedy serce zaczyna bić szybciej, nie jest już w stanie zwolnić. Przyznaję, że naprawdę podoba mi się ten sposób odkrywania namiętności, ponieważ wydobywa z bohaterów więcej, niż jakikolwiek inny.

Ten tom porusza również zagadnienia z pogranicza psychologii społecznej, a to dzięki wprowadzeniu do mangi tematu dziecka żyjącego w cieniu ojca. Mangaka przedstawia problem na przykładzie dwójki bohaterów, którzy w dzieciństwie stracili opiekunów. Z jednej strony widzimy chłopca będącego nieślubnym dzieckiem kochanki ojca, z drugiej zaś małolata, którego tata był przykładny, szanowany i utalentowany. Ci sami krewni traktują chłopców zupełnie inaczej, mają do nich inne podejście i różne względem nich wymagania. I tak, kiedy pierwszy jest raczej ignorowany stanowiąc kulę u nogi, drugiego otacza się opieką i troską. Myślę, że w tym wypadku istoty jest również fakt, iż na wszystko to patrzymy oczami osoby trzeciej, a dokładniej dziecka stojącego z boku, które rozumie zaistniałą sytuację i jest w stanie wszystkie te różnice w zachowaniu dorosłych wyłapać. Co wyrosło z tej trójki młodzieńców? Musicie przekonać się jednak sami sięgając po mangę, którą z całym przekonaniem Wam polecam.


Jak widać, „Nim rozkwitną kwiaty” to tytuł, o którym można napisać wiele dobrego i do tej listy plusów z czystym sercem zaliczam także kreskę, którą naprawdę uwielbiam. Delikatna, ale wyrazista, jasna i przejrzysta, bogata w szczegóły dokładnie tam, gdzie jest to niezbędne. Co więcej, dostrzeżemy tu troskę mangaki o zachowanie, w miarę możliwości, właściwych proporcji ludzkiego ciała. Bardzo istotny jest dla mnie również fakt, iż Shoko Hidaka potrafi oddać wiek swoich bohaterów w subtelny, ale wymowny sposób, co nie każdemu się udaje. Drobne zmarszczki, styl ubierania się, fryzura, a nawet postawa mają tu ogromne znaczenie, ponieważ pozwalają nam stworzyć pewną drabinę starszeństwa wśród pojawiających się w tym tomie postaci. Przyznaję, że mam do tego słabość, toteż manga trafiła prosto w mój gust estetyczny.

Podsumowując, „Nim rozkwitną kwiaty” to naprawdę wspaniała, pełnowartościowa obyczajówka, która oferuje czytelnikowi więcej, niż tylko przyjemną dla oka historię miłosną. Właśnie dlatego jestem przekonana, że manga ta z powodzeniem może spodobać się również osobom podchodzącym sceptycznie do tytułów z gatunku boys love. Co tu dużo mówić, ten tytuł jest po prostu fantastyczny.