wtorek, 4 lutego 2014

Walkin’ Butterfly tom 2 - Chihiro Tamaki



Tytuł: Walkin’ Butterfly
Tom: 2
Autor: Chihiro Tamaki
Wydawca: Taiga
Ilość stron: 214
Ocena: 6/6







Jasno wyznaczony cel potrafi zmienić życie we wspaniałą przygodę mającą doprowadzić nas do upragnionego skarbu bądź w żmudną, bezsensowną tułaczkę przypominającą indywidualne piekło. Aby sięgnąć snów, nie wystarczy wyciągnięcie ręki i zaciśnięcie palców w pięść. To wymaga cierpliwości, wytrwałości i siły, których często brakuje. Podążanie za pragnieniem może doprowadzić nas do celu wędrówki, ale czy jest on ostateczny?

Przed Michiko jeszcze długa droga zanim będzie gotowa stanąć na wybiegu i udowodnić swoją wartość pewnemu bezczelnemu, ale niebywale utalentowanemu chłopakowi, który nieźle zaszedł jej za skórę. Niestety, dziewczyna do cierpliwych nie należy, a co za tym idzie, szybko się poddaje i choć po pewnym czasie na nowo podejmuje wyzwanie, to swoim zachowaniem sprawia wiele kłopotów. Co gorsza, nie potrafi zrozumieć swojej opłakanej pozycji początkującej modelki, bezustannie kręci nosem na nowe zlecenia i jest przekonana, że zdoła osiągnąć swój cel nie dając z siebie wszystkiego. Niemniej jednak, Michiko już teraz zmienia się zauważalnie, co cieszy bliskie jej osoby i choć własne ciało w dalszym ciągu jest dla niej czymś obcym, dziewczyna wydaje się być na dobrej drodze do samoakceptacji.

Tak się jednak składa, że los nie uśmiecha się także do Mihary. Pozbawiony wsparcia rodziny, co chwila musi stawiać czoła nastawionemu na łatwy zysk światu. Przepracowany i niedożywiony zaczyna tracić wiarę w słuszność obranej drogi. I właśnie w tych trudnych dla niego chwilach, na horyzoncie pojawia się szalupa ratunkowa, która, za cenę kilku wyrzeczeń, może w prostszy i szybszy sposób dowieźć go do upragnionego celu. Mihara musi dokonać wyboru, który zaważy na jego dalszej karierze.

Drugi tom „Walkin’ Butterfly” w zdecydowanie większym stopniu niż poprzedni podkreśla kontrast między ludźmi, poprzez zestawienie ze sobą dwóch najważniejszych postaci serii, uwypuklając łączące ich podobieństwa, jak również obnażając liczne różnice, co dodatkowo rozbudowuje profil psychologiczny bohaterów. Jedną z takich niezwykle istotnych rozbieżności jest nastawienie najbliższych do planów i ambicji Michiko oraz Mihary. W przypadku dziewczyny sprawa jest prosta, choć nie zdradza swojego celu ani matce, ani przyjacielowi, nieprzerwanie czuje ich wsparcie. Bez względu na wszystko, ta dwójka stara się zagrzewać ją do walki o swoje w każdy możliwy sposób i chociaż nie zawsze jest to łatwe, próbują być po jej stronie. W odpowiedzi na ich starania, Michiko jest gotowa do walki, ale najmniejsze nawet przeszkody zmuszają ją do ucieczki i chwilowego porzucenia celu. Tymczasem Mihara to o wiele trudniejszy przypadek. Jego rodzina usilnie próbuje zawrócić go z obranej drogi, nie wspiera go nawet w najmniejszym stopniu. A jednak, mimo poczucia osamotnienia, młody mężczyzna nie traci z oczu celu, dąży do niego wytrwale, choć nie bez wątpliwości. Jedynymi osobami, które stoją za nim murem i akceptują jego decyzje są współpracownicy, a to zaskakuje nawet Miharę.

Bardzo interesujący jest również sposób, w jaki Chihiro Tamaki nakreśla w tym tomie swoją główną bohaterkę. Michiko od początku była postacią niezwykle prawdziwą, której daleko do ideału. Nic więc dziwnego, że i tym razem ma w sobie wiele ze zwyczajnej dziewczyny, która zagrzewa się do boju, zaczyna walczyć, a następnie szybko się zniechęca. Nasza początkująca modelka, jak wielu z nas, pragnie widzieć efekty swoich starań od razu. Nie chce czekać miesięcy, może nawet lat, ale już, teraz, zaraz osiągnąć cel. Długa, żmudna praca i niekończące się czekanie na rezultaty, to nie dla niej. Michiko oczekuje, że w rekordowym tempie będzie w stanie udowodnić wszystkim swoją wartość. Mało tego, chyba nawet przez chwilę nie pomyślała o wyrzeczeniach, ciężkiej pracy i potknięciach, które są nieodłączną częścią samorealizacji. Muszę przyznać, że ten aspekt jej charakteru i oczekiwań, jest mi doskonale znany. Ileż to ambitnych planów upadło tylko dlatego, że zabrakło siły i wytrwałości w dążeniu do celu? To prawdziwy strzał w dziesiątkę!

Kolejny raz powróćmy do Mihary i jego problemów, jako że jest on osobą, znajdującą się najbliżej wyznaczonego sobie celu – wyrobił sobie markę i pnie się po szczeblach kariery. Można by pomyśleć, że na tym etapie mężczyzna widzi już koniec swojej drogi ku pragnieniom, a jednak nie można się bardziej pomylić. Zamiast muru świadczącego o osiągnięciu sukcesu, Mihara natrafia na rozwidlenie dróg, przez co musi podążać dalej jeśli nie chce stracić tego, co z takim trudem osiągnął. Jest także zmuszony walczyć o swoje, dokonywać trudnych wyborów, które mogą okazać się zarówno słuszne jak i błędne. Osiągnięcie celu nie kończy więc niczego, ale otwiera nowe drzwi, przez które należy przejść by nie zacząć się cofać.

Esencją drugiego tomu jest jednak pytanie, czy powinno się walczyć do końca, czy może lepiej czasami się poddać. Problem ten dotyczy przede wszystkim trójki bohaterów i wielokrotnie powraca w tej części mangi. Dla Michiko stanowi on element niemal nierozerwalnie połączony z każdą drobną przeszkodą, gdyż jej pragnienia są jak fale, które wznoszą się i opadają. Z jednej strony chce utrzeć nosa utalentowanemu projektantowi, a z drugiej nie potrafi walczyć o swoje bardzo łatwo się poddając. Miharu podchodzi do sprawy o wiele poważniej. Dla niego każdorazowe zboczenie z obranej drogi to ostateczność i źródło głębokich przeżyć wewnętrznych, a co tu dopiero mówić o poddaniu się. Czy coś takiego wchodzi w ogóle w grę w jego przypadku? I w końcu, wzór do naśladowania – Tago Ryou. Chyba nikt nie spodziewał się, że w tej wiedźmie może kryć się tak silny duch. Jej droga do kariery wiodła przez piekło ciągłego doskonalenia się, rywalizacji, dążenia do perfekcji pozwalającej wybić się ponad cielesne braki. Kogoś takiego nie łatwo zmusić do złożenia broni, a tym samym, Tago pokazuje, jak ważna jest determinacja i samozaparcie.

Podsumowując, drugi tom „Walkin’ Butterfly” to kolejna wartościowa i naprawdę doskonała część stworzonej przez Chihiro Tamaki serii, która mimo nieodłącznego humoru, porusza wiele bardzo istotnych i trudnych tematów. Samoakceptacja, chęć udowodnienia własnej wartości, wsparcie bliskich bądź jego brak, podążanie za marzeniami i konsekwencje tego pragnienia – podobnie jak tom pierwszy, także drugi pełen jest głębokich treści, które dotyczą każdego z nas. Z tym tytułem naprawdę trzeba się zapoznać!


niedziela, 2 lutego 2014

Ouran High School Host Club tom 1 - Bisco Hatori



Tytuł: Ouran High School Host Club
Tom: 1
Autor: Bisco Hatori
Wydawca: JPF
Ilość stron: 180
Ocena: 6/6







Chociaż nie należę do wielkich zwolenniczek mang z gatunku shoujo to jednak nawet ja mam swoje chwile słabości, kiedy to nie potrafię odmówić sobie jakiegoś romansidła by poczuć się bardziej kobieco. Zazwyczaj kończy się to skrajnym poirytowaniem i zniechęceniem, jako że moja namiętność do tego rodzaju tytułów wypala się w rekordowym tempie. W przypadku Ouran High School Host Club sprawy mają się zdecydowanie inaczej. Jest to, bowiem komedia w pełnym znaczeniu tego słowa, zaś wątki romantyczne wdrażane są stopniowo w bardzo małych ilościach. Bezsprzecznie jest to ogromną zaletą mangi, która nie odstrasza łzawymi scenami, nienaturalnymi dialogami i mdlącą słodyczą miłości, ale przyciąga i rozbudza zainteresowanie czytelnika oferując mu sporą dawkę dobrego humoru. To właśnie luźny stosunek do tematyki miłosnej sprawił, że mój sentyment do tej mangi nigdy nie osłabnie.

Haruhi Fujioka to drobna, niespecjalnie zadbana dziewczyna o aparycji ładnego chłopca, pochodząca z zupełnie przeciętnego domu i wyróżniająca się jedynie wyjątkową pracowitością w dziedzinie nauki. Uzyskała, bowiem stypendium pozwalające jej na uczęszczanie do najlepszego, a zarazem najdroższego liceum w okolicy. Otoczona niemożliwie bogatą młodzieżą należącą do najlepszych rodów w Japonii, dziewczyna nie radzi sobie najgorzej. A przynajmniej do czasu, gdy szukając miejsca do spokojnej nauki Haruhi trafia do trzeciej sali muzycznej nie mając pojęcia, co czeka ją za drzwiami. Spodziewała się pustego pokoju, a zamiast tego otrzymała elegancko urządzone wnętrze z sześcioma przystojnymi chłopcami w środku. Naturalnie, to jeszcze nie katastrofa, jednak zupełnie zszokowana nastolatka rozbija niebagatelnie drogi wazon, co ostatecznie staje się gwoździem do jej trumny. Nie mając innego wyjścia zostaje zmuszona do wstąpienia do klubu hostów, a tym samym odpracowania całej sumy. Grupa chłopców od razu zabiera się do pracy całkowicie zmieniając wygląd Haruhi, dzięki czemu stanowi ona nie lada kąsek dla bogatych panienek spragnionych miłosnych wrażeń. Ile czasu potrzebować będą członkowie klubu by domyślić się prawdziwej płci Haruhi i jak dziewczyna poradzi sobie w roli czarującego chłopca dotrzymującego towarzystwa dziewczętom? Naprawdę warto poznać odpowiedzi na te pytania.


Ouran High School Host Club wybija się spośród innych wydanych w Polsce tytułów znakomitym humorem odnoszącym się zarówno do wykreowanych przez Bisco Hatori postaci, jako że każdą z nich możemy określić jednym słowem, które w pełni obrazuje zarówno fizyczność, jak i psychikę bohatera, a także do sytuacji, nierzadko wręcz absurdalnych, czy oryginalnych dialogów. Tym, co przede wszystkim charakteryzuje tę mangę jest wszechobecna hiperbolizacja, której autorka nie ukrywa, ale podkreśla na każdym kroku. Dzięki temu zabiegowi tytuł ten ma swój własny, wyjątkowy klimat pozbawiony chęci naśladowania realnego świata. Nic więc dziwnego, że Ouran High School Host Club to idealne lekarstwo na depresję i wszelkie smutki. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek był w stanie czytać tę mangę nie uśmiechając się szeroko, co pewien czas.

Na uwagę zasługują także bohaterowie, którymi mangaka wypełniła po brzegi liceum Ouran. Spotykamy tu, bowiem: urodzonego, złotoustego flirciarza; czarną eminencję klubu hostów; wysokiego, poważnego wojownika; jego całkowite przeciwieństwo w postaci niziutkiego, rozkosznego chłopca z króliczkiem; boleśnie szczerych i szalonych bliźniaków; wyjątkowo obmierzłą uczuciowo Haruhi; oraz grupę szalonych, bogatych nastolatek, które korzystają z usług host klubu. Wszyscy razem tworzą mieszankę wybuchową, od której można się uzależnić.

Bisco Hatori porusza także temat trudnego związku należącego do układu między głowami szanowanych rodów, jak również ukrywanej głęboko miłości między dwiema osobami, które nie chcąc przyznać się do swoich słabości. Autorka ozdabia to jednak wszechobecnym humorem i słodką naiwnością, co rozładowuje napięcie i sprawia, iż historię tę czyta się lekko i przyjemnie.

Prawdę powiedziawszy, Ouran High School Host Club jest jak dla mnie tytułem pozbawionym wad. Kreska należy do przyjemnych i jasnych, historia zmusza do uśmiechu, zaś bohaterów nie sposób nie pokochać. W tym tytule naprawdę spora większość miłośników japońskiej mangi znajdzie coś dla siebie, a i osoby podchodzące sceptycznie do tego tematu nie powinny czuć się zawiedzione. Bez dwóch zdań, Ouran jest najlepszą mangą shoujo, z jaką miałam przyjemność się zapoznać.


Kuroshitsuji tom 11 - Yana Toboso



Tytuł: Kuroshitsuji
Tom: 11
Autor: Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 4+/6







Skoro nie jest już tajemnicą, że Sebastian Michaelis żyje i ma się świetnie, nadszedł czas na szczegółowe wyjaśnienia, które na pewno należą się ciekawskiemu i niezwykle domyślnemu debiutującemu pisarzowi oraz samym czytelnikom. Tak się, bowiem składa, że za dokonanymi w posiadłości Phantomhive morderstwami stoi osoba, której wina może zaskakiwać, zaś obecność nie jest jednoznaczna. Bo czy można winić nóż za to, że wbija się w ciało? Czyż winą nie powinno obarczać się osoby dzierżącej narzędzie zbrodni? W tym wypadku polecenie wydano jednak u samego szczytu tego angielskiego „łańcucha pokarmowego”, a tym samym pojęcie sprawiedliwości nie ma z tą sprawą nic wspólnego.
Niestety, nie ma co liczyć na chwilę spokoju. Sabastian ledwie zdążył w „cudowny sposób” zmartwychwstać i wydostać się cały i zdrów ze swojego grobu, a już ma pełne ręce roboty. Londyn obiega informacja o przywracaniu do życia zmarłych. Jak widać, nasz kamerdyner nie był wcale taki oryginalny, jak początkowo mogło się wydawać, zaś Pies Królowej musi trochę powęszyć.

Jedenasty tom mangi Kuroshitsuji jest mostem, który łączy ze sobą nie tylko koniec epizodu cluedo oraz początek zupełnie innego, ale również dobrze wpisuje się w wiktoriański klimat tego tytułu oraz współczesne zamiłowanie do bardzo wyjątkowego, chociaż niezrozumiałego dla mnie szału na zombie. Zacznijmy jednak od początku.

Tym razem autorka pozwala nam spojrzeć na Sebastiana pod zupełnie innym kontem. Choć w dalszym ciągu niezmordowany i perfekcyjny, nasz demoniczny kamerdyner obnaża przed czytelnikiem kawałek siebie. Widzimy, bowiem jak wyłazi ze skóry by doprowadzić do końca sprawę morderstw popełnianych w posiadłości, stara się wodzić za nos wszystkich w około, ulega słabości do kotów, a jednocześnie wypełnia polecenia swojego pana. Niepokonany demon niejednokrotnie był o włos od klęski. To interesujące, gdyż pozwala wierzyć, że w pewnym momencie nawet jemu może podwinąć się noga, jeśli taka będzie wola autorki.


Yana Toboso wprowadza także „nową, ale starą” postać, która najprawdopodobniej będzie towarzyszyć Cielowi przez najbliższe tomy. Ten niebezpieczny, ale naprawdę rozkoszny i niewinny bohater z całą pewnością ubarwia jedenasty tom i sprawia, że młody panicz Phantomhive wydaje się zdecydowanie bardziej uczuciowy niż dotychczas. Niemniej jednak, cała ta relacja pomiędzy Cielem, a jego nowym lokajem oparta jest kłamstwie. Czy na takim niepewnym fundamencie uda się zbudować przyjaźń, która przetrwałaby ujawnienie prawdy? Tego na pewno chciałabym się dowiedzieć.

 W tym miejscu warto także wspomnieć o rodzinie Midfordów, jako że rodzice oraz brat Lizzy to zaskakująca mieszanka. Tego raczej nikt się nie spodziewał, a szczęka sama opada, kiedy ma się z nimi do czynienia. Nie da się zaprzeczyć, iż energii i charakteru im nie brakuje, a Ciel zasłużył na odrobinę cierpienia w ich towarzystwie.

Co się zaś tyczy nowego epizodu, który mamy okazję liznąć już teraz, jest on połączeniem wspominanego przeze mnie motywu zombie oraz Frankensteina. Nie chodzi tu jedynie o szwy widoczne na ciałach zmarłych, które jednoznacznie przypominają nam o ekranizacjach powieści Mary Shelly, ale o sam motyw pobudzania ciała do życia elektrycznością, który jest ściśle związany z epoką, w jakiej rozgrywa się nasza historia, jak również z samą powieścią. Albowiem wnikliwy czytelnik na pewno dostrzeże we Frankensteinie mniejsze, bądź większe podpowiedzi dotyczące sposobu, w jaki ożywiono mściwego, samotnego potwora. Niemniej jednak, w przypadku Kuroshitsuji nie możemy raczej mówić o inteligencji żywych trupów.

Kilka słów podsumowania. Jedenasty tom Kuroshitsuji bez wątpienia jest interesujący i niezbędny, momentami słodki oraz zabawny, jednak na tle poprzednich wypada tylko dobrze. Może wiąże się to z nazbyt szybkim rozpoczęciem nowej przygody, a może z czymś zupełnie innym – ciężko powiedzieć. Nie zmienia to jednak faktu, że mangę pani Toboso darzę szczerą sympatią i zamierzam być jej wierną do samego końca – kiedykolwiek on nastąpi.


sobota, 1 lutego 2014

Moje nowości: 1/2014

Nowości na półce: STYCZEŃ 2014







1. Kobato #1
2. Kobato #2
3. Naruto #61
4. Naruto #62
5. Karneval #1
6. Karneval #2
7. Karneval #3
8. Karneval #4
9. Walkin' Butterfly #2









Kuroshitsuji tom 10 - Yana Toboso



Tytuł: Kuroshitsuji
Tom: 10
Autor: Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 4+/6







Sytuacja w posiadłości hrabiego Phantomhive staje się coraz bardziej napięta. Kolejna osoba nie żyje, zaś tym razem odpowiedzialnym za śmierć wydaje się... wampir. Czy to aby na pewno możliwe? Niemniej jednak, wszystko wskazuje na to, iż morderców jest dwóch. Jedynie młody gryzipiórek, Arthur nie mógł popełnić żadnej z trzech zbrodni toteż staje się on koordynatorem śledztwa prowadzonego przez uwięzionych w posiadłości ludzi. Przy okazji przeszukiwania pokoju Sebastiana dochodzi do odkrycia jego nieistotnego, małego, ale jakże licznego sekretu, który gotuje krew w żyłach młodego hrabiego. Niestety, nie to było celem poszukiwań. Tym czasem, mimo paskudnej pogody, w posiadłości pojawia się kolejny gość – wikariusz Jeremy Rathbone. Czy pomoże on w rozwikłaniu zagadki morderstw? A może sam jest w to wszystko zamieszany?

Dziesiąta odsłona fantastycznej mangi Kuroshitsuji to kolejna porcja rozrywki, odrobina humoru i odpowiedzi na pytania, które na pewno od dawna zadawał sobie każdy czytelnik. Czy to możliwe, że Sebastian zginął? Kim, u licha, tak naprawdę jest Jeremy? Co więcej, poznajemy w końcu winnego dokonanych w posiadłości zbrodni. Wszystkie dowody wskazują na winę jednego człowieka, wszystko wydaje się tak banalnie proste i oczywiste. Jak to możliwe, że dopiero wikariusz zdołał połączyć porozrzucane puzzle w jedną całość?

Oficjalnie, Sebastian Michealis nie żyje, a jednak czytelnik ma okazję poznać go bliżej. Autorka podrzuca wygłodniałym fanom odrobinę „mięsa”, zupełnie jakbyśmy mieli do czynienia z gejszą, która odsłania przy mężczyźnie nadgarstek. I tak oto, kolejna odrobina Sebastiana-demona zostaje nam ukazana. Tym razem są to... buty. Rzecz mało niezwykła, kiedy się o tym słyszy, za to zaskakująca, kiedy się na nią spojrzy. Och, cóż to są za buty! Jedni padną trupem ze śmiechu, jeszcze inni z zachwytu. Co więcej, mamy okazję upewnić się co do bezgranicznego oddania służby względem naszego zmarłego kamerdynera. I w końcu, mamy okazję rzucić okiem na pokój naszego demona, jak również na zawartość jego szafy. Ot, kolejny powalający szczegół.


Co istotne, widzimy także kolejne drobne sceny z dawnego życia trójki nieporadnych służących. Chociaż każda z nich ogranicza się zaledwie do kilku kadrów, to jednak są one wymowne i w połączeniu ze słowami tworzą piękny, wzruszający element, który osobiście przypadł mi do gustu. Z resztą, nie od dziś wiadomo, że miłość, przyjaźń i przywiązanie stanowią naprawdę dobre tło dla dramatu, więc kto wie, w jaki sposób zostanie to wykorzystane w Kuroshitsuji.

Co jeszcze można powiedzieć o dziesiątym tomie? Niestety, w gruncie rzeczy, dla wielu osób nie będzie on tak interesujący, jak kilka poprzednich. Oczywiście, autorka wprowadza do historii nowego bohatera, chociaż Jeremy nie należy do specjalnie interesujących, czy czarujących. Może to i dobrze, że mamy z nim do czynienia wyłącznie w tym tomie? Nie zaprzeczę, iż jego „bezpłciowość” mogła być zamierzona, biorąc pod uwagę jego tajemnicę, jednakże nie miałabym nic przeciwko ukazaniu wikariusza w ciekawszym świetle. Przecież nic nie stało na przeszkodzie byśmy polubili nową twarz historii zanim dowiedzieliśmy się o nim więcej.

A więc, kolejna przygoda powoli dobiega końca, zaś czytelnicy z pewnością nie mogą doczekać się następnej, jednakże na to muszą odrobinę poczekać. Zakończenie tego tomiku niewielu może zaskoczyć, większość zapewne niespecjalnie się zdziwi, ale przecież należało jakoś wybrnąć z zaistniałej sytuacji. Czy autorka dała z siebie wszystko? Nie mnie to oceniać, ale na pewno warto nadal brnąć w świat Kuroshitsuji.