Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Demon. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lipca 2015

Demon Grzechu - Tsumitsuki - Hiro Kiyohara





Tytuł: Demon Grzechu
Podtytuł: Tsumitsuki
Autor: Hiro Kiyohara
Tom: 1 (całość)
Seria: Jednotomówki Waneko
Wydawnictwo: Waneko
Liczba stron: 196
Ocena: 5/6





Hiro Kiyohary nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Znany polskiemu czytelnikowi z serii Another, ponownie zagościł na naszym rynku. Tym razem wzbudza niepokój i podnosi poziom adrenaliny we krwi mangą Demon Grzechu – Tsumitsuki, która zdobywa serca licznych czytelników. Jak myślicie, co może kryć się za popularnością tego tytułu? Ja mam już na ten temat swoją opinię, więc pozwólcie, że się z Wami nią podzielę.

Jakże łatwo jest wpuścić do swojego ciała demona, który ucztując na nas od środka, będzie jednocześnie wił gniazdo z naszej zewnętrznej powłoki. Wystarczy być grzesznikiem lub odczuwać wyrzuty sumienia, by otworzyć bramę dla wiecznie spragnionych i wygłodniałych tsumitsuki. Demon zalęga się niepostrzeżenie i rozpoczyna ucztę na nieświadomym niczego człowieku. Los jest nieubłagany, gdyż nie ma sposobu na pozbycie się pasożyta, który w pewnej chwili przejmuje pełną kontrolę nad wyżartym wewnętrznie ciałem. I wtedy rozpoczyna się krwawy taniec śmierci, w trakcie którego ludzie są tylko zwierzyną zapewniającą chwilową rozrywkę. Jest jednak ktoś, kto posiada moc pozwalającą na walkę z tsumitsuki, kto jest w stanie je wyśledzić i zabić. Tak się jednak składa, że i on ma swoje mroczne sekrety.

Nie ulega wątpliwości, że podczas lektury Demona Grzechu – Tsumitsuki czytelnik silnie odczuwa obecną w mandze aurę japońskiego folkloru. Chociaż nie mamy do czynienia z tytułem opartym na prawdziwej legendzie, objawia się ona nie tylko w tradycyjnej świątyni czy motywie opętujących ludzi demonów, ale znajduje ujście także w postaci tajemniczego chłopaka zabijającego tsumitsuki oraz jego czworonożnego towarzysza, którego mamy okazję poznać trochę później. Wspominam o tym nie bez powodu, ponieważ należę do osób, które cenią sobie wszelkie odniesienia zarówno do dawnych, jak i do współczesnych wierzeń, zaś horrory budowane na takim fundamencie zaliczam do najciekawszych i najbardziej wartościowych. W końcu tytuł z dreszczykiem powinny znajdować się na granicy między prawdą a fikcją, co pozwala odbiorcy na chwilę wahania, zastanowienia i walki zdrowego rozsądku z przesądnością. Manga Hiro Kiyohary w pewnym stopniu nam to umożliwia, co jest jej niepodważalną zaletą, bo choć od początku do końca stanowi czystą fikcję, to ukazuje wierzenia do tego stopnia prawdopodobne, że naprawdę działające na wyobraźnię.


Recenzowana przeze mnie manga posiada jeszcze jeden ogromny atut, a jest nim psychologiczny ciężar prezentowanych przez autora historii, który dotyka nie tylko postaci, ale także samego czytelnika. Skupiając się przede wszystkim na wyrzutach sumienia, Hiro Kiyohara otworzył demonom drogę do niemal każdego serca słabego, wrażliwego człowieka. Myślę, że ten fakt naprawdę porusza w nas jakąś strunę niepokoju, ponieważ nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, że jakiś problem dręczy nas i drąży od środka wymykając się świadomości, a już to wystarczy aby w cieniu sumienia zalągł się tsumitsuki. Niemniej jednak, demony potrafią prześlizgnąć się do wnętrza człowieka nie tylko szeroko otwartymi drzwiami poczucia winy, ale także dziurką od klucza jaką są grzechy, nawet te stosunkowo niewielkie jak zazdrość lub złość. Krótko mówiąc, autor chciał byśmy mieli świadomość tego, iż nikt nie może być do końca pewny, że nie stanie się kolejnym żywicielem demonicznego pasożyta, którego nie sposób się pozbyć. A może wewnątrz kogoś z nas już coś się zalęgło...?

Na koniec na pewno warto podkreślić także fakt, iż mimo epizodycznej treści, manga tworzy pewną zamkniętą całość, a to za sprawą historii przedstawionych na początku oraz nieomal na samym końcu tomiku. Nie jest to bynajmniej kaprys autora, ani też pusta ciekawostka, ale zabieg zastosowany rozmyślnie, który ma na celu nie tylko zgrabne zamknięcie historii, ale także jej chronologiczne ułożenie. Tak się składa, że wydarzenia tych dwóch rozdziałów dzieli czas potrzebny demonowi na pełny rozwój oraz przejęcie kontroli nad ciałem, a przecież tsumitsuki nie siedzą z założonymi rękoma, ale bezustannie szukają ofiar, co zmusza walczącego z nimi bohatera do działania. Czytelnik towarzyszy więc tajemniczemu chłopakowi w jego misji i tak jak on, staje się częścią różnych ludzkich dramatów, aż do chwili, kiedy przedstawione w mandze koło wydarzeń zaczyna się zamykać. W ten też sposób, autor buduje klimat niemal antycznej tragedii, w której pierwsze skrzypce gra nieubłagany i niezmienny los, za nic mający ludzkie starania i chęć zmiany przeznaczenia.


Jak do tej pory, nie miałam jeszcze okazji pisać o kresce Hiro Kiyohary, toteż teraz mogę nadgonić tę zaległość. Pierwszym, co rzuca się w oczy już na wstępie, są staranność i delikatność z jakimi autor tworzy swoją mangę. Nie stroni od rysowania tła, ale jednocześnie nie zasypuje nim stron, zachowując równowagę między nastrojem poszczególnych kadrów a ich wypełnieniem, co oddaje także za pomocą bieli i czerni. Ponadto, kreślone przez niego kontury postaci są bardzo cienkie, ale niepozbawione płynności, dzięki czemu wychodzący spod jego ręki ludzie są wyraźni i urodziwi. Ogólnie rzecz ujmując, warsztat Hiro Kiyohary jest naprawdę miły dla oka, co stanowi dodatkowy atut tej mangi.

Podsumowując, Demon Grzechu – Tsumitsuki to tytuł naprawdę dobry i przeznaczony nie tylko dla osób zainteresowanych mrocznymi, paranormalnymi historiami, ale także dla czytelników lubujących się w mangach dla dojrzalszego odbiorcy. Jest to także pozycja idealna dla tych, którzy do tej pory nie mieli styczności z Hiro Kiyoharą, ponieważ pozwala każdemu z nas indywidualnie ocenić możliwości autora, jego warsztat i sposób prowadzenia fabuły. Krótko mówiąc, tę mangę po prostu warto przeczytać.


czwartek, 21 maja 2015

Bezsenne noce tom 2 - Yamamoto Kotetsuko





Tytuł: Bezsenne noce
Tytuł oryginalny: Konya mo Nemurenai
Autor: Yamamoto Kotetsuko
Tom: 2
Wszystkich tomów: 3
Stan aktualny (JP): seria zamknięta (+ Spin-Off)
Wydawnictwo: Ringo Ame
Liczba stron: 160
Ocena: 6/6





Życie nie jest sprawiedliwe. Jednych obdaruje nieprzeciętną urodą, innych uczyni nudnymi, beznadziejnymi lub zwyczajnie brzydkimi. Szczęśliwcy zawsze będą mieć szczęście, pechowiec może być tylko jeszcze bardziej pechowy. Tak się jednak składa, że czasami pech może okazać się przydatny, zaś wątpliwa uroda przestaje mieć znaczenie. W końcu „są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło”.

Samotny, nudny i przeciętny Higuchi Rikiya może zapomnieć o swoim dotychczasowym życiu. Endo, wyglądający jak nastolatek demoniczny arystokrata, na dobre zadomowił się pod jego dachem i coraz wyraźniej odciska swoje piętno na życiu młodego studenta. Zresztą, zawarta stosunkowo przypadkowo znajomość z nieciekawym Gorou także rozkwita, chociaż wydaje niespotykany owoc. A to dlatego, że w znajdującym się tuż obok świecie demonów narzeczony Endo zaczyna się niecierpliwić, zaś podglądanie śmiertelników oraz przyszłego męża budzi w nim naprawdę zaciekłą zazdrość. Postanawia nawet wziąć sprawy w swoje ręce i zawalczyć o Endo eliminując przy tym prawdopodobną konkurencję. Widać, Higuchi to typ, który zawsze musi mieć pod górkę, ale przynajmniej na nudę narzekać nie może.

„Bezsenne noce” to niewątpliwie przyjemna, lekka dla ducha komedia, która wywołuje na twarzy czytelnika szeroki uśmiech, jednakże warto zauważyć, iż autorka lubi subtelnie wplatać w beztroskę historii odrobinę poważniejszych kwestii. W tym przypadku poruszyła temat dwóch rodzajów związków, a dokładniej ich fundamentów. Jeden odpowiada współczesnemu, bardziej romantycznemu sposobowi myślenia, zaś drugi z powodzeniem możemy przyrównać do dawnego punktu widzenia na związek. I tak, w przypadku pierwszego w grę wchodzą uczucia i miłość, które sprawiają, że dwoje ludzi chce stanowić parę, drugi to rozsądek, presja rodziny, tradycja. Te dwa spojrzenia na ten sam temat zostają „ubrane” w ciała pochodzące z dwóch światów, ludzi oraz demonów, i właśnie dzięki temu mogą przenikać się nawzajem, wpływać na siebie, docierać głębiej do wnętrza bohaterów oraz samego czytelnika. Myślę więc, że ten tom już nie tylko bawi, ale również przemawia do nas osobiście.


Trzeba przyznać, że autorka spisała się na medal także kreując w tej części swoich bohaterów, ponieważ tym razem pozwoliła rozwijać się pierwszoplanowej dwójce poprzez pryzmat postaci stojących w tyle – Gorou oraz nowego nabytku,Verde. Skupiając się na tworzeniu tego duetu, pozwoliła by to właśnie on nadawał kształtu Endo i Hirikiemu. Co więcej, Yamamoto Kotetsuko skupiła się na budowaniu różnic między wszystkimi bohaterami dobierając ich w pewnym stopniu w dwójki. Dwa różne od siebie pod każdym względem demony, dwóch przeciętnych ludzi o zupełnie różnych charakterach, dwóch pełnych pasji narwańców. Nie ulega więc wątpliwości, że pod tym względem „Bezsenne noce” to prawdziwa szachownica zróżnicowania i każde starcie między bohaterami coś w nich zmienia, wnosi coś nowego do ich życia i nie pozostaje bez odpowiedzi. Czegoś takiego nie sposób zignorować.

Co się zaś tyczy romantycznego uczucia, którego poszukiwanie stanowi przecież esencję tego tytułu, ono również znajduje dla siebie ujście w tym tomie. Każde wydarzenie, jakie ma miejsce w życiu naszego bohatera, przybliża go coraz bardziej do odkrycia uczuć, które zaczęły się w nim rodzić. Najważniejszy jest jednak sposób, w jaki autorka ukazuje nam tę rozwijającą się dopiero miłość. Ona nie potrzebuje słów by wyrazić to, co dzieje się w głowie Higuchiego, ponieważ już same jej rysunki są wystarczająco wymowne. Z drugiej strony, idealnie ukrywa to, co dzieje się w głowie Endo. Czytelnik widząc jego oczy wie, że coś się unosi się w powietrzu, ale wszystko to jest dla niego jeszcze ukryte. Niemniej jednak, kiedy już poznamy małą tajemnicę tego demona i spojrzymy na tomik raz jeszcze, dostrzeżemy w zupełnie innym świetle wszystko to, co wcześniej mogło nas zastanawiać. Ten tomik po prostu trzeba przeczytać dwa razy, ponieważ jest do tego stworzony.


Na koniec, mając za sobą dwa tomy „Bezsennych nocy”, chciałabym rzucić okiem na całokształt tego tytułu. Już w tej chwili możemy z powodzeniem zauważyć, że mimo komediowego i paranormalnego klimatu przedstawionej nam historii, pełni ona funkcję swojego rodzaju przewodnika dla wszystkich szarych ludzi, którzy odnajdują siebie w dwójce ludzkich bohaterów serii. Zaczynaliśmy od problemów w kontaktach międzyludzkich, prób znalezienia uczucia w sieci i internetowych oszustów, zaś teraz posuwamy się o krok dalej i obserwując bohaterów poznajemy tajniki nieodpowiedniego zachowania, które może zaszkodzić związkowi, jak chociażby nachalność i uprzedmiotowienie drugiej osoby. Jak więc widać, tytuł ten ma czytelnikowi do zaoferowania o wiele więcej, niż początkowo mogłoby się wydawać. Dla jednych będzie więc miłą rozrywką, dla innych nieśmiałym drogowskazem, ale dla wszystkich na pewno stanowi doskonały sposób na chwilę relaksu.

Krótko mówiąc, drugi tom „Bezsennych nocy” jest dowodem wielkiego kunsztu autorki, która potrafi znakomicie budować swoje historie, w niezwykle przyjemnej kresce ukryć głębię emocji, zaś w komedię wpleść poważniejsze tematy, a nawet miłosne porady. Naprawdę musicie zobaczyć na własne oczy, w jaki sposób to robi. Sięgnijcie po „Bezsenne noce” i bawcie się świetnie!


poniedziałek, 26 stycznia 2015

Bezsenne noce tom 1 - Yamamoto Kotetsuko





Tytuł: Bezsenne noce
Tytuł oryginalny: Konya mo Nemurenai
Autor: Yamamoto Kotetsuko
Tom: 1
Wszystkich tomów: 3
Stan aktualny (JP): seria zamknięta (+ Spin-Off)
Wydawnictwo: Ringo Ame
Liczba stron: 180?
Ocena: 5+/6







Bywają chwile, kiedy to każda samotna dusza marzy o kimś wyjątkowym, a każdy nieśmiały człowiek pragnie się zmienić i odważnie poszukać szczęścia. Jednym przychodzi to bez trudu, dla innych stanowi nieludzki wysiłek. To nie lada wyzwanie, stanąć twarzą w twarz z lękami, pokonać samego siebie, zrobić milowy krok w nadziei, że to właśnie on zmieni coś w naszym życiu. Miłość wcale nie jest sprawiedliwa, więc kiedy książę na białym koniu nie kwapi się z wizytą, trzeba wyjść mu naprzeciw. W końcu nawet pechowiec musi czasami pomagać szczęściu. Witajcie w świecie „Bezsennych Nocy”.

Wraz z rozpoczęciem studiów, Higuchi Rikiya wchodzi w nowy etap swojego życia, toteż postanawia pokonać swoją nieśmiałość i poszukać pierwszego w swoim osiemnastoletnim życiu chłopaka. W tym celu, rejestruje się na portalu randkowym i bardzo szybko trafia na fantastycznego faceta, który po dwóch tygodniach mailowego flirtowania proponuje nastolatkowi spotkanie. Tylko wariat przepuściłby taką okazję, więc Rikiya jest zdeterminowany by przezwyciężyć swój strach i wstyd. Niestety, czarujący, szalenie przystojny mężczyzna okazuje się zwykłym oszustem, który w świetle kamer pragnie pozbawić oszukanego chłopaka dziewictwa. Gwałt lub dobrowolne oddanie się oszustowi to żadna alternatywa, toteż osiemnastolatek traci wszelką nadzieję. Tak się jednak składa, że zupełnie niespodziewanie ze ściany wychodzi dziwny dzieciak, który dosłownie ratuje Rikiyi tyłek. Czy może być jeszcze dziwniej? Najwidoczniej może, skoro wybawiciel okazuje się demonem wyższej klasy, który uciekł z domu i postanawia zabawić dłużej w świecie ludzi. I tak oto, student chciał znaleźć sobie chłopaka, a zyskał nienajedzonego lokatora, co oznacza koniec nudnego życia, za to początek wyjątkowej przygody.


Za oknami w końcu pojawił się śnieg, więc powinno zrobić się biało, a jednak nadal jest szaro, buro i słońca jakoś nie widać. Depresja puka do drzwi niczym uciążliwy kolędnik, który nie planuje odpuścić, póki nie ograbi nas z drobnych. Czy można więc wymarzyć sobie lepszą scenerię na sięgnięcie po „Bezsenne Noce”? Nie sądzę, ponieważ ten tytuł potrafi w mgnieniu oka poprawić nam humor. Nie oszukujmy się, komedia to pierwsze, co przychodzi nam do głowy, kiedy myślimy o tej mandze, zaś uśmiech sam ciśnie się na usta ilekroć przypominamy sobie wszystkie te zabawne sytuacje oraz szczere do bólu teksty. I jak tu nie kochać „Bezsennych Nocy”, skoro są tak naładowane pozytywną energią, humorem i niewinną słodyczą. Ktoś pewnie z głośnym „hę?” zmarszczy się teraz jak shar pei i zapyta, jak to możliwe, skoro na początku historii pojawia się próba gwałtu. Nie da się ukryć, że główny bohater zostaje w pewnym stopniu wykorzystany, chociaż zajmuje to tak naprawdę 5 stron i dla niektórych może się wydać zbyt wielkim słowem. Mangaka nie posunęła się daleko, zatrzymała się w odpowiednim momencie i ten dramatyczny dla naszego bohatera moment otuliła humorem w taki sposób, że bardzo szybko zapominamy o przykrej przygodzie i rozkoszujemy się zabawną, przyjemną kontynuacją. W końcu nawet Rikiya nie ma czasu przeżywać swojej nieudanej pierwszej randki, kiedy w pobliżu znajduje się problematyczny demon.


Humor sam w sobie nie jest jednak samowystarczalny, toteż analizując „Bezsenne Noce” po prostu trzeba wspomnieć o temacie, który stanowi serce mangi, a więc o przedstawionych w niej problemach współczesnego społeczeństwa. Po pierwsze, im bardziej jesteśmy zdominowani przez internet, tym większe stwarza on dla nas zagrożenie. Wprawdzie przed zboczeńcami ostrzega się najczęściej młodych, ale przecież i osoby już dorosłe nie są odporne na działania oszustów. Zaprezentowana na początku mangi sytuacja mogła przydarzyć się każdemu, ponieważ nasz bohater nie jest nikim szczególnym, to ktoś zupełnie zwyczajny i tak po prostu naiwny, że dla jednych jego kreacja będzie przesadą, jednak inni z pewnością odnajdą w nim siebie. Po drugie, jego sposób bycia, nieśmiałość i pragnienie miłości, której szuka za pomocą portalu randkowego, również stanowi odzwierciedlenie rzeczywistości wielu ludzi. Niejednokrotnie słyszymy przecież o problemach młodych, którzy nie mogą odnaleźć się w świecie, nie mogą pokonać swojej nieśmiałości, więc niejako tworzą samych siebie od nowa w sieci, ponieważ w ten sposób jest mimo wszystko łatwiej. I te właśnie dwa tematy stanowią w pierwszym tomie mangi punkt centralny, wokół którego owija się nasza historia oraz jej komizm.

Myślę, że warto wspomnieć także w kilku słowach o bohaterach tego tomu, ponieważ mangaka w pewnym stopniu zestawiła ze sobą przeciętność oraz ponadprzeciętność, czyli zwykłych szaraków oraz osoby przyciągające uwagę. Nie oszukujmy się, może i mamy do czynienia z fantastyką, a „Bezsenne Noce” są fikcją, ale wiele postaci jest naprawdę realnych. Za przykład może posłużyć chociażby sam Higuchi Rikiya, jako że każdy z nas natknął się na kogoś takiego jak on chociażby raz w życiu. Możecie mi wierzyć na słowo, ponieważ ja widuję go codziennie – wystarczy, że spojrzę w lustro. Zresztą, podobnie ma się sytuacja z poznanym pod koniec tomu Gorou, o którym czytamy: „Co za nudny koleś! Nie da się nawet skomentować jego facjaty. Ani to ładne, ani pośmiać się nie ma z czego.”(strona 155). Przyznam, że czytając ten komentarz wybuchnęłam śmiechem, po czym coś sobie uświadomiłam: „fuck, przecież to o mnie!”. No właśnie, w tej mandze grającymi pierwsze skrzypce bohaterami są zwyczajni, przeciętni ludzie, zaś zaraz za nimi pojawia się ta „ponadprzeciętność”, czyli atrakcyjny i radzący sobie w życiu bez najmniejszego problemu oszust oraz interesujący, uciążliwy głos rozsądku w ciele demona. Tym samym, mamy na stanie wstydliwe, pozbawione pewności siebie fajtłapy oraz silne osobowości, które wiedzą czego chcą i jak to osiągnąć, nie zawsze w uczciwy sposób. Myślę, że to bardzo interesujące zestawienie, które dodatkowo buduje humor tego tytułu.


Na koniec mogę się już chyba tylko pozachwycać pierwszym tomem „Bezsennych Nocy”, ponieważ z rozkoszą spoglądam na uroczą obwolutę tego tytułu i naprawdę nie mogę doczekać się kontynuacji. Ta manga ma w sobie to, co lubię najbardziej, a więc masę humoru oraz słodyczy, które czynią tę pozycję lekką, przyjemną i idealną na każdy dzień. Nawet poważne tematy są tutaj przedstawione w sposób, który nie dołuje, a całość wywołuje uśmiech na twarzy. Sprzyjają temu również miła dla oka kreska oraz przeważająca biel, które niektórzy czytelnicy mieli okazję zaobserwować w pozbawionym wątków gejowskich, ilustrowanym przez Yamamoto Kotetsuko „Przekleństwie siedemnastej wiosny”. Doprawdy nie sposób nie kochać rysowniczki, która maczała palce w stworzeniu dwóch tak odmiennych, ale równie wspaniałych tytułów, jak te wydane przez Ringo Ame. Tak, to już chyba widać gołym okiem, uwielbiam twórczość tej mangaki.

Mając wszystko to na uwadze, polecam „Bezsenne Noce” z całego serca, ponieważ jest to tytuł, który podbija serce czytelnika w przeciągu chwili, zapewnia świetną rozrywkę i doskonały humor. Dla mnie jest to niekwestionowany numer 1 tegorocznej mangi komediowej i podsunęłabym go zarówno osobom, które w temacie shounen-ai już siedzą, jak i laikom, którzy dopiero myślą o wejściu do tego świata. Wierzcie lub nie, ale to prawdziwy mangowy cupcake. Palce lizać!


piątek, 17 października 2014

Książę Piekieł. Devils and Realist tom 2 - Madoka Takadono, Utako Yukihiro




Tytuł: Książę Piekieł
Podtytuł: Devils and Realist
Tytuł alternatywny: Makai Ouji: Devils and Realist
Autor: Madoka Takadono (fabuła), Utako Yukihiro (ilustracje)
Tom: 2
Wydawnictwo: Studio JG
Liczba stron: 186
Ocena: 5/6






Życie Williama Twininga byłoby nieomal piękne, gdyby musiał zmagać się wyłącznie z problemami finansowymi oraz z zaginięciem wuja. Tak się jednak składa, że wybrańcy nie mają prawa do takich przywilejów, więc na biedną głowę zatwardziałego realisty spada coraz więcej dziwactw. Ma już na karku dwa demony, które za nic nie chcą się od niego odczepić, ale widać dla losu to nadal za mało. W raczej niesprzyjających okolicznościach, chłopak poznaje więc kolejne Filary swojego przodka i rozwiązuje zagadkę ducha nawiedzającego dom przyjaciela. Niestety, to nie koniec przygód stąpającego twardo po ziemi potomka samego biblijnego Salomona, gdyż szkolny pastor węszy obecność zła na terenie szkoły, a to oznacza, że dwa cienie Williama znajdują się w bardzo niepewnej sytuacji, która w każdej chwili może przerodzić się w nieprzyjemny, otwarty konflikt.

Pierwsze tomy mają to do siebie, że są pierwsze, toteż nie sposób wyodrębnić w nich cech szczególnych czy też reguł, których planuje trzymać się autor. Część kolejna zazwyczaj pozwala na stworzenie pewnego zarysu, który wraz z kontynuacją może ulec zmianie lub, wręcz przeciwnie, umocnić się w swojej formie. W przypadku Księcia Piekieł. Devils and Realist taką regułę stanowi wdrażanie do historii nowych, istotnych dla fabuły postaci oraz umacnianie pozycji tych już wcześniej zaprezentowanych. I tak, wraz z drugim tomem serii, widzimy jak wokół naszego głównego bohatera powoli zaczyna tworzyć się harem demonów. Po plecach niektórych osób zapewne przeszedł właśnie dreszcz strachu, ale spokojna głowa. Wspomniany przeze mnie harem różni się pod względem płci oraz wieku, o ile naprawdę powinniśmy mówić o czymś tak przyziemnym w stosunku do demonów. W każdym razie, możemy zakładać, że z tomu na tom przyjdzie nam poznawać nowe twarze gromadzące się wokół Williama, a niektóre z nich mogą być doprawdy niezwykle urocze.


O tym, że William Twining to typ upartego osła, wiemy doskonale już po lekturze pierwszego tomu, kiedy to nie mogąc całkowicie zaprzeczyć istnieniu demonów zakwalifikował je w poczet atomów. Chłopak naturalnie w dalszym ciągu cząstką siebie odrzuca to, co sprzeczne z rozsądkiem, a nawet działa na przekór sobie, ale dostrzegamy w nim pewną łagodność, która przedziera się przez maskę gruboskórnego, gniewnego realisty. Okazuje się, że między Williamem i jego dwoma demonicznymi cieniami, Dantalionem i Sytry, rodzi się swoiste przywiązanie i troska. Tym samym, widzimy, że chociaż mamy do czynienia z indywidualistą, który zawsze stara się radzić sobie sam i usiłuje o własnych siłach zajść możliwie najwyżej, to jednak jest on osobą łatwo przywiązującą się do ludzi (i nie tylko ludzi). W kontekście tego tomu wydaje mi się to niezwykle istotne, gdyż w grę wchodzą przecież demony, a przyjaźń z nimi to raczej niecodzienne zjawisko. Jeśli weźmiemy pod uwagę także pojawiające się miejscami retrospekcje odnoszące się do Salomona, bezsprzecznie zauważymy, jak niewiele z demonów jest w demonach.

Skoro mamy już tę „ciemną stronę mocy” to wypada chyba znaleźć również tę „jasną”, którą dostrzegamy w tej części w osobie szkolnego pastora. Nie trudno się jednak domyślić, że skoro demony stanowią tutaj ten raczej łagodny obóz, to instytucja Kościoła musi być tym bezwzględnym i nieugiętym. Przyznaję, że wcale mnie to nie zaskoczyło i prawdę mówiąc, było do przewidzenia. Nie oszukujmy się, jaki Kościół był i jest każdy wie, więc raczej nie można oczekiwać, że w Księciu Piekieł osoby o skrajnych poglądach wykażą się wyrozumiałością i chęcią rozmowy ze stroną przeciwną. Tym samym, stanowią one wręcz perfekcyjny materiał na antagonistów. W szczególności w historii, która zdaje się poddawać w wątpliwość niektóre ogólnie przyjęte prawdy, niezmiennie pozostając osadzoną w przeszłości fikcją.


No dobrze, ale skoro mamy demony i walczący z nimi kler to, co z innymi wierzeniami? To dopiero drugi tom, więc w ten temat na razie nie wchodzimy zbyt głęboko, ale już teraz staje się faktem oczywistym, że demonologia to nie jedyna paranormalna dziedzina Księcia Piekieł. Madoka Takadono oraz Utako Yukihiro sięgają także do angielski-szkockiego folkloru, bardzo powoli i nieśmiało rozbudowując bestiariusz swojej serii. Uważam to za niezwykle interesujące, ponieważ wierzenia typowo religijne łączą się w ten sposób z codziennymi i tak naprawdę nawet przez chwilę nie zwalczają się wzajemnie. Zresztą, podobne posunięcie pozwala mieć nadzieję na to, że manga naprawdę rozwinie skrzydła i uczyni świat przedstawiony jeszcze bardziej interesującym i fantastycznym.


Reasumując, drugi tom Księcia Piekieł. Devils and Realist nie posuwa jeszcze historii do przodu, ale na fundamencie poprzedniej części powoli zaczyna już coś budować. Z powodzeniem możemy więc oczekiwać, że seria rozwinie się w naprawdę przyjemny kawałek lekturki i przyznam, że czekam na to z niecierpliwością. Przed nami jeszcze nie jeden tom, a więc i na pewno znajdzie się coś, co nas zaskoczy, zachwyci i zachęci do serii tych, którzy ciągle się wahają.



Przykładowe strony: *KLIK*

czwartek, 21 sierpnia 2014

Książę Piekieł. Devils and Realist tom 1 - Madoka Takadono, Utako Yukihiro




Tytuł: Książę Piekieł
Podtytuł: Devils and Realist


Tytuł alternatywny: Makai Ouji: Devils and Realist
Autor: Madoka Takadono (fabuła), Utako Yukihiro (ilustracje)
Tom: 1
Wydawnictwo: Studio JG
Liczba stron: 186
Ocena: 5/6





Wieki temu, jeszcze przed nastaniem naszej ery, w Izraelu rządy sprawował niezwykle mądry i sprawiedliwy król wybrany przez samego Boga, Salomon. Choć był zwykłym człowiekiem, posiadał dar zjednywania sobie demonów i upadłych aniołów, które wspólnie tworzyły jego 72 Filary. Na tym wyjątkowość Salomona bynajmniej się nie kończyła, jako że dano mu władzę podejmowania decyzji istotnych dla samego Piekła.
Od czasów panowania legendarnego Salomona minęło wiele tysiącleci. William Twining, młody arystokrata uczęszczający do elitarnej szkoły w Stratford, wraca do rodzinnego domu na wakacje. Niestety, okazuje się, że zarządzający jego majątkiem wuj popadł w poważne problemy finansowe, a tym samym postawił chłopca w bardzo niekomfortowej sytuacji, jako że niezwykle dumny i niegrzeszący skromnością William musi jak najszybciej opłacić swoje czesne. Choć dom został niemal doszczętnie ogołocony przez komorników, chłopak postanawia przeszukać go tak dokładnie, jak tylko się da. To właśnie podczas takiego przeszukania, przypadek sprawia, że Will pakuje się w niezłą kabałę, gdyż oto staje przed nim nie kto inny, ale Książę Piekieł, Dantalion, który twierdzi, iż William jest potomkiem samego Salomona i ma za zadanie wybrać nowego piekielnego namiestnika.

Prawda i fikcja:
Jak sądzicie, co jest największym plusem serii Książę Piekieł. Devils and Realist? Osobiście typuję historyczne zaplecze doprawione nutą, nazwijmy to, legendy. Tak się składa, że manga opiera się nie tylko na fikcyjnej historii niejakiego Williama Twininga, ale również na Mniejszym Kluczu Salomona, czyli okultystycznej księdze, której stworzenie przypisuje się właśnie izraelskiemu królowi. Dzieło to przedstawia 72 demony, które król Salomon podobno zamknął w mosiężnym naczyniu i takie też informacje znajdziemy w mandze. Tym samym, czytając Księcia Piekieł macie okazje dowiedzieć się czegoś, czego nigdy nie dowiecie się na lekcjach religii. Jasne, o Mniejszym Kluczu nie przeczytamy w Biblii, ale zastanawialiście się kiedyś ile wierzeń Kościoła jest tak naprawdę zawartych w Piśmie, a ile zwyczajnie „wytrzaśniętych”? Zresztą, to tak jakbyśmy mieli nigdy nie poznać legendy o Popielu, Szewczyku Dratewce czy Świętej Kindze, ponieważ są zbyt fantastyczne i nieudowodnione. Dobrze, przyznaję się bez bicia, uwielbiam historie, w których poruszane są tematy związane z wierzeniami, a w szczególności te kontrowersyjne. Ot, takie małe zboczenie heretyka.


Humor:
Odłóżmy jednak na bok powagę starcia historii z fikcją, gdyż pierwszy tom Księcia Piekieł. Devils and Realist to również znacząca dawka humoru. Wyjątkowi bohaterowie pokroju Williama Twininga nie powstają po to, by wyciskać łzy z oczu, ale mają wywoływać uśmiech na twarzy czytelnika. Szczególnie, kiedy ich poglądy życiowe są namiętnie atakowane przez tę drugą stronę medalu, która już sama w sobie została naładowana elementami komediowymi. O co dokładnie chodzi? Wystarczy rzucić okiem na podtytuł serii i wszystko staje się jasne. Tymczasem nie można zapominać, iż humor tej mangi to nie tylko William i jego demony, ale także sytuacje wiążące się z innymi postaciami oraz zabawne dialogi. Nie możemy jednak mówić o przesadnym nagromadzeniu elementów humorystycznych, jako że pomiędzy wywołanymi lekturą uśmiechami i fascynacją, znajdzie się również miejsce na moment zadumy i stawianie pytań, a wszystko to w rozsądnie dobranych proporcjach.

Diabły i Realista:
Wróćmy jednak raz jeszcze do podtytułu serii, a więc do Devils and Realist. Wyobraźcie sobie chodzące przeciwieństwo skromności w postaci dumnego arystokraty, który twardo stąpa po ziemi i nie wierzy w to, czego sam nie zobaczy na własne oczy, a i wtedy nie od razu pozwala się przekonać. Z drugiej strony ringu postawcie zjawiska paranormalne wynikające z istnienia demonów, aniołów, Piekła, a więc i Nieba. Jaka będzie konkluzja podobnego starcia?

Według teorii Daltona, wszystko składa się z atomów. Demon, anioł, pies, bez różnicy. Wszyscy jesteście ATOMAMI! (strona 165)

I jak tu być dumnym ze swojej wyższości nad człowiekiem, kiedy jest się zdegradowany do rangi zwykłej kupki atomów? Realizm ponad wszystkim! Trzeba przyznać, że demony z podobnie „ciężkim przypadkiem” do tej pory nie miały do czynienia, więc będą musiały naprawdę się postarać jeśli chcą czegokolwiek od niewzruszonego Twininga, a to bez wątpienia pociągnie za sobą jeszcze większą liczbę zabawnych sytuacji.


Kreska:
Jako że mamy do czynienia dopiero z pierwszy tomem Księcia Piekieł, należy wspomnieć również o walorach graficznych tej pozycji. Kolorystycznie przeważają biel i szarość, zaś czerń pozostaje w mniejszości, choć również ma swoje wielkie momenty. Właśnie dzięki temu, historia nie przytłacza, ale nie stwarza także pozorów zbytniej lekkości. Sytuuje się raczej pośrodku, co odpowiada w pełni zawartości, tak więc akcji i tematyce. Warto zwrócić także uwagę na fakt, iż odpowiedzialna za oprawę graficzną Utako Yukihiro stosunkowo rzadko stosuje puste, białe tło. Zdecydowanie częściej na dalszym planie dostrzeżemy pewne szczegóły otoczenia, czy też cienie rastrów. Co się zaś tyczy samej kreski, oceniam ją jak najbardziej pozytywnie. Dokładna, ale bez przepychu, delikatna i naprawdę miła dla oka. Piękno jest pięknem, przystojniak – przystojniakiem, dziwactwo odpowiada dziwactwu, tak więc wszystko jest w jak najlepszym porządku.

W kilku słowach:
Książę Piekieł to tytuł osadzony w przeszłości i urozmaicony fantastyką, który należałoby postawić na jednej półce z mangami typu Kuroshitsuji czy Pandora Hearts, a więc z pozycjami „neutralnymi” (przeznaczonymi zarówno dla chłopców, jak i dla dziewcząt). Historia ta odznacza się prostym, naturalnym humorem i zapowiada niedaleki dramat. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, iż pierwszy tom posiada pewną wartość edukacyjną. Tym samym, uważam, że to niezły początek ciekawej serii, na którą warto rzucić okiem. Pierwsza część obiecuje wiele, a pole do popisu jest ogromne, więc na pewno opłaca się trzymać rękę na pulsie.



Przykładowe strony: *KLIK*

wtorek, 5 sierpnia 2014

Egzorcyzmy Marii - Yayoi Haruna



Tytuł: Egzorcyzmy Marii
Tytuł oryginału: Danzai no Maria
Autor: Yayoi Haruna
Tom: 1 (całość)
Wydawnictwo: Taiga
Liczba stron: 176
Ocena: 4++/6







„Egzorcyzmy Marii” to mangowy produkt łańcucha przyczynowo-skutkowego, jakim rządzi się świat gier. O co właściwie chodzi? O promocję. Najpierw powstaje gra, a ponieważ w pewnym momencie należy ją promować, wybiera się jedną z trzech dróg – mangę, anime bądź obie te opcje jednocześnie. W taki właśnie sposób światło dzienne ujrzały „Egzorcyzmy Marii”, które wprowadzają czytelnika w świat demonów i egzorcystów stworzonych przez Karin Entertainment i przeniesionych na papier ręką Yayoi Haruny.

Marylin Crow, ochrzczona jako Maria, zostaje wysłana przez Watykan do Japonii, gdzie kontynuuje naukę w szkole dla egzorcystów oraz zostaje przyłączona do oddziału spirytualnego. Dziewczyna ma pomóc grupie rówieśników w ich niełatwym zadaniu wypędzania demonów, które coraz częściej opętują ludzi. Okazuje się jednak, że Maria sama ma na swoich usługach demona, Uriela, który nie tylko służy wspierając ją w walce, ale także bezustannie przypomina nastolatce o jej prywatnym celu – odnalezieniu demona Azazela i przerwaniu klątwy. Albowiem nad rodem, z którego pochodzi dziewczyna unosi się widmo śmierci każdego potomka w dniu jego czternastych urodzin. Tak się składa, że Maria jest od krok od przekroczenia tego „magicznego” deadline’u, który oznacza koniec jej stosunkowo krótkiego życia. Wyścig z czasem jest nieunikniony.


Japonia to kraj innowacji i utartych schematów, gdzie „nowe” przeplata się ze „starym”, krok do przodu potrafi być krokiem w tył. Z jednej strony możemy zauważyć silne przywiązanie do niektórych charakterystycznych szablonów, z drugiej otwiera się przed nami zupełnie nowe spojrzenie na każdą niemal dziedzinę życia. I takie są właśnie „Egzorcyzmy Marii”, które łączą w sobie elementy typowe dla niejednej historii oraz zawsze oryginalne spojrzenie na chrześcijańskie motywy.

Po pierwsze, w tym przypadku mamy do czynienia z „haremówką” na zasadzie „ona jedna – ich wielu”, motyw bardzo popularny i jakże upragniony w życiu codziennym wielu dziewcząt. Chociaż manga liczy tylko jeden tomik i nie rozwija skrzydeł, to w płci męskiej już teraz można przebierać – niski, wysoki, wesoły, gbur, samotnik, okularnik, długowłosy, człowiek, demon… Ot, haremik! Po drugie, wyjątkowa szkoła imienia świętego z internatem. To także motyw bardzo charakterystyczny, który nieodparcie kojarzy się z tajemnicą, romansem, problemami. Jest to więc gratka dla wszystkich, którzy lubią podobne klimaty.


Czymś nowym są jednak same egzorcyzmy, które nie polegają na wyklepaniu formułki po łacinie i odesłaniu demona tam gdzie jego miejsce, ale odbywają się przy udziale, przynajmniej w tym wypadku, aniołów bądź demonów nazywanych devami. To właśnie oni są „egzorcyzmem” przepędzającym lub niszczącym demona oraz pełnią rolę opiekuna, który chroni egzorcystę przed atakami. Podobni pomocnicy mają także swoje naprawdę interesujące „skutki uboczne”, o których po lekturze mangi wiemy wprawdzie niewiele, ale ich obecność wpływa pozytywnie na odbiór motywu egzorcyzmów. Zresztą, nie mniej interesująca wydaje się również grupa „posiadaczy” demonów, którzy znajdują się po przeciwnej stronie barykady. Można tylko żałować, że wszystkie te interesujące elementy nie miały okazji się rozwinąć w coś poważniejszego. Jeden tom mangi to stanowczo zbyt mało! Cóż, trzeba sięgnąć po grę, jeśli pragnie się spędzić więcej czasu w świecie „Egzorcyzmów Marii”.


Przejdźmy jednak o krok dalej, do głównego problemu, z jakim boryka się nasza bohaterka. „Każdy kolejny potomek klanu Crow umierał śmiercią nienaturalną w wieku czternastu lat” (strona 5). Brzmi nieźle. No właśnie… brzmi. Poniekąd do niczego przyczepić się nie można, ponieważ tak naprawdę nie mamy pojęcia, kiedy rzucono klątwę, ile lat żyją członkowie klanu sprzed klątwy i do którego pokolenia należy nasza Maria. Niewiadomych jest naprawdę wiele. Niemniej jednak, pojawia się pytanie: ile lat mają członkowie rodu Crow, kiedy zaczynają się rozmnażać? Naprawdę mnie to intryguje. Nie sądzę jednak, żebym mogła poznać odpowiedzi na swoje pytania. Może właśnie pod tym kątem warto zainteresować się grą?


Podsumowując, „Egzorcyzmy Marii” to raczej lekka, interesująca lektura, przy której można odetchnąć z ulgą i rozluźnić się należycie. Jednotomowe maleństwo sprawia, że nie musimy wyczekiwać w nieskończoność na ciąg dalszy, chociaż zdecydowanie nie mielibyśmy nic przeciwko. W końcu wiele wątków zostaje poruszonych, ale nie mają one okazji rozwinąć skrzydeł. Jeśli manga przypadnie Wam do gustu zawsze możecie rozpocząć „wielkie łowy” na grę.



wtorek, 29 lipca 2014

Doll Song tom 1 - Lee Sun-young




Tytuł: Doll Song
Autor: Lee Sun-young
Tom: 1
Wydawnictwo: Yumegari
Liczba stron: 212 (w tym 6 kolorowych)
Ocena: 6/6






O pierwszym tomie „Doll Song” można powiedzieć naprawdę wiele i jednocześnie jesteśmy w stanie zamknąć swoją wypowiedź w jednym tylko słowie: perfekcyjna. Tym, co przede wszystkim rzuca się w oczy jest motyw piękna, który stanowi esencję tego tytułu. Jeśli dodamy do niego mroczną historię, zaborczą miłość oraz „demoniczny” folklor otrzymamy coś wspaniałego, wyjątkowego i jedynego w swoim rodzaju.

Lee Woo-hee jest jak delikatny ptaszek trzymany w złotek klatce i wypuszczany z niej wyłącznie na krótkie chwile. Jej uroda zachwyca, zaś prostolinijność i dobre serce zjednują jej sympatię mieszkańców miasta. W nieumyślnie zastawione sidła uroku tej młodej kobiety wpada nawet młodziutka egzorcystka, która w zamian za pomoc i życzliwość, pragnie uchylić przed Lee Woo-hee zasłony przyszłości – panienka musi strzec się, bowiem mężczyzny w czerni, a tak się składa, że ten właśnie przybył do miasta. Niestety okazuje się także, że dziewczyna nieświadomie kryje w sobie niesamowitą choć przerażającą tajemnicę związaną z jej „stanem zdrowia”, który uniemożliwia jej nazbyt częste opuszczanie rodzinnego domu. Teraz jednak nadszedł czas by sekret wyszła na jaw, a wraz z nim cały mrok otaczającego piękną Lee Woo-hee świata.

Czym tak naprawdę jest piękno, które stało się obsesją współczesności? Kto wyznacza jego granice, ustala zasady estetyczne i dlaczego ludzie ślepo podążają za wizjami innych? Piękno jest pojęciem względnym, zabawą bogów, którzy upuszczają niewielki kawałek mięsa przed głodnymi zwierzętami, zaś te rzucają się w wir walki i ryzykują życiem w starciu o drobinę, która nie zaspokoi ich głodu. A tymczasem w cieniu leży wystarczająco wiele mięsa tylko trochę gorszej jakości, które pozwoliłoby utrzymać przy życiu wszystkie te bestie. Tacy właśnie są ludzie. Szaleni, kiedy chodzi o piękno, o zaspokojenie estetycznych potrzeb. Kochają to co pieści ich wzrok, ochraniają to, pożądają do tego stopnia, że popadają w jeszcze większe szaleństwo. I ten właśnie stan dostrzegamy w „Doll Song”. Piękno, w którym zakochuje się sam jego twórca, ludzie za wszelką cenę pragnący je chronić, lalkarz oddający duszę i ciało w imię pogoni za ideałem. Oto historia, która ukazuje prawdziwie mroczną stronę tego, co kojarzy się z radością i jasnymi barwami.

W tym tytule, Lee Sun-young wykorzystuje bardzo interesujący motyw lalkarza i nadaje mu dwa skrajnie odmienne kształty. Z jednej strony wprowadza do swojej opowieści historię ducha śliwy, który posługując się swoim drewnem tworzy przepiękną lalkę. Dzieło tak zniewalające, że zdolne rozkochać w sobie nawet własnego twórcę. Lalka ta jest w pewnym sensie dziełem przypadku i magii, tak więc trudnym do doścignięcia ideałem. Z drugiej, autorka przedstawia człowieka do tego stopnia zapatrzonego w swoje rzemiosło, że ślepo dążącego do prześcignięcia idealnego piękna. Lalkarz odrzuca swoje dotychczasowe osiągnięcia na rzecz własnego szaleństwa i pragnienia. W jego przypadku chodzi więc o ideał przemyślany w każdym calu, tworzony ludzkimi rękoma. I tak, w chwili starcia tych dwóch lalkarzy widoczne gołym okiem stają się także inne różnice pomiędzy nimi, zaś bestialstwo przyjmuje różne oblicza.

Ogromnym plusem „Doll Song” jest fakt, iż wątek paranormalny jest tutaj bardzo silnie związany z folklorem. Już sama idea ducha drzewa, o którym czytamy na początku i którego historia naznacza silnie całą opowieść nadaje całości niezapomnianego czaru. Im dalej zagłębiamy się w lekturę, tym więcej odniesień do dawnych wierzeń możemy znaleźć. Zresztą, pesymistyczne i brutalne oblicze folkloru perfekcyjnie uwydatnia mrok wszechobecny w tym tytule. To dopiero pierwszy tom, ale już teraz bez trudu możemy dostrzec zmiennokształtność, nawiedzenie, duchy czy demony. Co więc czeka na czytelnika dalej, skoro kolejne tomy zapowiadają się równie interesująco i niepokojąco?

Gdybym miała porównać manhwę Lee Sun-young do jakiegoś innego tytułu na pewno wybrałabym „Seimaden”. Dlaczego? Ze względu na bardzo poważny paranormalny dramat romantyczny. Choć nie dostrzegamy tego jeszcze bezpośrednio w akcji pierwszego tomu, wiele świadczy o tym, że już niedługo będziemy mieć z nim do czynienia. Naturalnie, dramatyczne wydarzenia już teraz odciskają swoje piętno na głównej bohaterce, jednakże romantyczne uniesienia zostały zaledwie zapowiedziane, niczym echo unoszące się ponad pierwszym tomem. Jest więc na co czekać, gdyż serduszka czytelników na pewno zabiją szybciej i łezka zakręci się w oku. Oj, będzie się działo! To po prostu pewne!
Przyjrzyjcie się dokładnie obwolucie pierwszego tomu i powiedzcie jakie trzy słowa przychodzą Wam na myśl. W moim przypadku są to: „piękna”, „szczegółowa”, „delikatna” i tak też można określić wnętrze. Kreska Lee Sun-young to prawdziwy majstersztyk. Pewne, choć delikatne kontury postaci, tysiące szczegółów, wspaniałe oczy składające się z wielu drobnych „pociągnięć”. Inaczej mówiąc, jest to przepiękna kreska, która idealnie odpowiada tematyce tego arcydzieła. Jak już wspomniałam, „Doll Song” jest tytułem raczej mrocznym i należy przyznać, iż klimat ten doskonale oddaje przewaga czerni i szarości nad bielą. Efekt jest naprawdę imponujący. Pewien kontrast stanowią za to kolorowe strony na początku tomiku. Niezmiennie piękne, jednakże niezwykle barwne, o nasyconych, żywych kolorach. To one wprowadzają nas w całą tę historię, ukazują niektórych bohaterów w całej okazałości. Aż ma się ochotę wzdychać z zachwytu.

W tym kontekście, podsumowanie pierwszego tomu „Doll Song” nikogo nie może zaskoczyć. Ta manhwa to prawdziwe cudo! Jej piękno, mrok i głębia wzbudzają fascynację, sprawiają, że czekanie na kolejne tomy jest istną torturą. „Doll Song” po prostu zapiera dech w piersi! Sięgnijcie po pierwszą część a zakochacie się w niej tak samo jak ja. Nie mam co do tego wątpliwości.


niedziela, 16 lutego 2014

Kuroshitsuji tom 13 - Yana Toboso



Tytuł: Kuroshitsuji
Tom: 13
Autor: Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: -6/6







Dramatyczna sytuacja na pokładzie liniowca powoli się uspokaja. Ludzie, a przynajmniej ci, którym udało się przeżyć, wydostali się ze śmiertelnej pułapki wewnątrz statku i teraz, mając nadzieję na pomoc, rozsiadają się w szalupach ratunkowych. Niestety dla Ciela to nie koniec zadania, gdyż do jego obowiązków należy dokopanie się do samego serca całej tej masakry. Mając pewność, że Lizzie i Snake znajdują się w dobrych rękach powraca do wypełniania swoich obowiązków. Tak się jednak składa, że to nie koniec atrakcji, gdyż na scenie pojawia się Undertaker, który ujawnia kilka ze swoich niewątpliwie licznych tajemnic. Któż spodziewałby się takiego obrotu spraw? I nagle sytuacja znowu się zaognia, zaś niebezpieczeństwo kolejny raz staje się naprawdę poważne i nieuniknione. Dla naszego młodego hrabiego i jego demonicznego kamerdynera taniec śmierci trwa nadal.

Trzynasty tom Kuroshitsuji to nie akcja, ale przede wszystkim trzy naprawdę istotne i interesujące rewelacje, o których nie sposób nie wspomnieć, jako że razem tworzą całą fabułę tej części serii. Na samym początku autorka pozwala czytelnikowi na wgląd w psychikę oraz elementy przeszłości Elizabeth, która przecież zaskoczyła nas pod koniec poprzedniego tomu. Uciążliwa, słodka do zemdlenia i wiecznie uśmiechnięta „mała dziewczynka” okazuje się nie tylko utalentowana w dziedzinie szermierki. Ot, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Lizzie ma, bowiem swoje powodu by zachowywać się jak niewinne, słabe dziecko. Wszystkie podejmowane przez nią decyzje mają za zadanie pomoc Cielowi i idealne dopasowanie się do niego, nawet jeśli oznacza to, iż pannica utknie na zawsze w „ciele” dziewczynki. Podejrzewam, że po tym tomie nigdy już nie spojrzę na Elizabeth tak samo, jako że jej obraz naprawdę uległ ogromnej zmianie. To co dawniej irytowało, teraz nabrało sensu.


Niemniej jednak, prawdziwa twarz Lizzie to niewielkie zaskoczenie w porównaniu z tym, co szykuje dla nas Undertaker. Zawsze dziwaczny, trochę niepokojący i zakrawający na niegroźnego szaleńca przydatny człowieczek, okazuje się kimś zupełnie innym. Różnica między osobą, za którą mieliśmy go do tej pory, a jego prawdziwym obliczem jest kuriozalna. Czy można było się tego domyślić? Nie sądzę! Naprawdę trudno jest pisać o nim z jednoczesnym zachowaniem tajemnicy, by nie psuć lektury osobom, które jeszcze z tym tomem nie miały do czynienia. Zdradzę jednak, iż w tym tomie mamy okazję „zajrzeć pod grzywkę” naszego ekscentryka, a jest na co popatrzeć!

I w końcu, ostatnia ciekawostka tego tomu, czyli kolejne elementy wspólnej przeszłości Sebastiana i Ciela zostają ujawnione! Wprawdzie w sposób niecodzienny, trochę niepokojący i zapewne w najmniej odpowiednim momencie, ale przecież śmierć nie umawia się na wizytę z miesięcznym czy przynajmniej tygodniowym wyprzedzeniem. Czytelnik wie już doskonale, w jaki sposób młody Phantomhive wyrwał się z krwawej matni, w jakich okolicznościach po raz pierwszy zetknął się z Sebastianem. Teraz za to mamy okazję obserwować pierwsze kroki demonicznego kamerdynera w jego nowej roli, pierwsze wpadki, otrzymywane napomnienia, bury i spięcia na relacji pan-sługa. Bardzo interesujący jest również fakt, iż poznajemy niektóre opinie naszego demona na temat jego nowego pana. Sebastian z pewnością nie miał łatwego startu, kiedy ze wszystkich zabiedzonych i skrzywdzonych dzieci trafił akurat na Ciela. W tej sytuacji pojawia się pytanie. Jak można zakończyć tom w takim momencie?! To niehumanitarne!

W jaki sposób można więc podsumować trzynasty tom mangi Kuroshitsuji? Fantastyczny, zaskakujący i nieludzko zakończony! I jak tu wytrzymać do grudnia?!



wtorek, 11 lutego 2014

Innocent Bird tom 3 (ostatni) - Hirotaka Kisaragi



Tytuł: Innocent Bird
Tytuł oryginału: Na Mo Naki Tori No Tobu Yoake
Tom: 3 (ostatni)
Autor: Hirotaka Kisaragi
Wydawca: BLU
Ilość stron: 184
Ocena: +6/6







Karasu i Shirasagi podążają za Koumorim przez rozległe pustynie Czyśćca do miejsca, w którym narodzą się na nowo, staną się ludźmi, a ich miłość nie będzie już nikomu przeszkadzać. Tak niewiele dzieli ich od celu, od spełnienia marzeń. Niestety, na ich drodze staje Sariel, który ma za zadanie wyeliminować tych, którzy ośmielili się sprzeciwić odgórnym nakazom i zignorować zakazy. Nie łatwo odmówić Serafinom toteż Panowanie gotów jest wykonać powierzone mu zadanie nie pozwalając sobie na kwestionowanie rozkazów istot wyższych od siebie rangą. W tym samym czasie także Belzebub pojawia się przed szukającą ucieczki trójką. Nie przybył jednak by stanąć do walki z nimi, ale zmierzyć się z tym, który wiele wieków wcześniej był jego przyjacielem, a teraz ślepo wykonywał polecenia Serafinów. Właśnie to pozwoliło dwójce zakochanych i ich przewodnikowi na przedostanie się do Bliźniaczych Wież Rozwagi, gdzie ma się rozegrać ostateczna walka, którą muszą podjąć, a o wyniku, której zadecydować może zaledwie szczegół.

Dwa poprzednie tomy Innocent Bird były doprawdy piękne, ale to, co mangaka zaprezentował nam teraz przechodzi ludzkie pojęcie. Manga z pięknej stała się metafizycznie piękna, a przekaz, jaki ze sobą niesie dociera głębiej niż można to sobie wyobrazić. Prawda zawarta w przemyślanych, pełnych mądrości dialogach niemal boli, zaś religia nabiera zupełnie innego wydźwięku, bardziej indywidualnego, emocjonalnego i szczerego. Doprawdy trudno opisać to, co w głębi serca czuje czytelnik, gdy pochłaniając ten tytuł nagle uświadamia sobie, jak prawdziwe zdają się wypowiedzi bohaterów, jak czyste i realne są ich poglądy. Ze swojej strony uważam się za osobę wierzącą nie w instytucję kościoła i kłamstwa, jakimi karmi ona świat, ale w Boga będącego Miłością. Może właśnie, dlatego za każdym razem, gdy czytam Innocent Bird czuję zbierające się pod powiekami łzy, a moje ciało zaczyna swędzieć od środka, jakby wypełniały je drobne owady, które obsiadają serce próbując dostać się do jego wnętrza.



Wydaje się stosownym wspomnieć, iż tę mangę można rozpatrywać na tysiące sposobów, zaś recenzje mogą uwzględniać tak wiele aspektów tego tytułu, że zamienią się w rozprawę filozoficzną i naprawdę nie ma się, czemu dziwić. W tym wypadku punkt widzenia naprawdę zależy od indywidualnego czytelnika i tego, co sobą reprezentuje. Im głębiej wdrożymy się w historię, jaką przedstawił Kisaragi tym więcej pojawi się pytań, tym więcej domysłów i odpowiedzi, których musimy udzielić sobie sami.

Pod względem fabuły Na Mo Naki Tori No Tobu Yoake naprawdę zaskakuje, a to czego dowiadujemy się o niektórych bohaterach sprawia, że usta same się uchylają. Czytelnik w końcu poznaje tożsamość tajemniczego Koumori, ale również odkrywa sekret papugi, która towarzyszyła chłopakowi w drodze. Czegoś takiego zdecydowanie nikt nie mógł się spodziewać, a przynajmniej dla mnie było to niesamowitym zaskoczeniem. Jak najbardziej pozytywnym, ale nie do odgadnięcia. Co więcej, poznajemy także historię Belzebuba i Sariela, widzimy, co grozi każdemu buntownikowi, w jaki sposób karane jest spiskowanie przeciwko władzy Serafinów i sami możemy ocenić postępowanie najwyższych bożych Sług.




„Kochać inną istotę to być kochanym przez Boga, a każdy z nas ma prawo do bożej miłości.”*

Miłość, jaką Hirotaka Kisaragi przedstawia swojemu odbiorcy w trzecim tomie jest bardziej rozwinięta niż do tej pory, gotowa do realnych poświęceń, gorąca, naprawdę szczera i wyjątkowa. To nie płytkie uczucie bez najmniejszej głębi, jakie często pojawia się w filmie, czy literaturze, ale trudne do opisania szaleństwo, które stawia ukochaną osobę ponad wszystkim innym, co na świecie i poza nim. Miłość między Karasu, a Shirasagim jest tak daleka od ludzkiej niestałości, jak to tylko możliwe, a jej siłę porównać można wyłącznie z nieskończonymi uczuciami Boga, który przecież sam jest Miłością. Autor nie prezentuje jednak wyłącznie jednego obrazu tej szalonej namiętności, ale ukazuje jej drugie oblicze, bardziej tragiczne i niezrozumiałe dla większości osób. Tym samym bije ono na głowę wszelkie dramaty miłosne – także te klasyczne, jak Romeo i Julia. To, co podarował nam Kisaragi doprawdy trudno opisać i ubrać w słowa, które w pełni oddadzą uczucia, jakie wywołuje jego manga. To piękno skąpane we łzach. To pocałunek stanowiący mieszankę śliny i krwi.



„Czy Bóg kiedykolwiek cię kochał? Nie potrafisz odpowiedzieć. A dlaczego? Ponieważ coś, co nie istnieje nie może kochać.”*

Świat wykreowany przez autora kwestionuje istnienie Boga, a jednocześnie wyraźnie wskazuje na jego obecność. To, co wydaje się być zwyczajnym błędem w obliczeniach nabiera zupełnie innego znaczenia, gdy dociera się do końca mangi. Zmechanizowany świat Nieba zasiewa ziarenko niepokoju podobnie jak prawda o Serafinach, którzy kierują poczynaniami aniołów niższych szczebli, ale także ich „sprawiedliwość” tak bardzo przypomina nasz świat realny, że czytelnik zawaha się i zastanowi zanim zacznie kontynuować lekturę. Prawdziwą odpowiedzią na pytanie o istnienie Najwyższego jest zakończenie mangi, które wzrusza do łez i wypala swój ślad w sercu każdego człowieka.

Pisałam to już przy okazji recenzji pierwszego tomu Innocent Bird, ale z rozkoszą napiszę to po raz kolejny. Stworzona przez Hirotakę Kisaragi manga Na Mo Naki Tori No Tobu Yoake to najpiękniejszy tytuł, jaki uraczył światowe półki księgarń. To niesamowita miłość, ogromne wzruszania i teologiczna rozprawa na temat uczuć oraz samego Boga. Ta manga naprawdę potrafi zmienić sposób patrzenia na świat, a także przekonania religijne. Jest zbyt idealna by można było przejść obok niej obojętnie toteż z całego serca zachęcam do zapoznania się z nią i odkrycia Stwórcy na nowo, patrząc na Niego w zupełnie innej perspektywy.




*Oba cytaty pochodzą z mangi i zostały przetłumaczone przeze mnie.

niedziela, 9 lutego 2014

Innocent Bird tom 2 - Hirotaka Kisaragi



Tytuł: Innocent Bird
Tytuł oryginału: Na Mo Naki Tori No Tobu Yoake
Tom: 2
Autor: Hirotaka Kisaragi
Wydawca: BLU
Ilość stron: 184
Ocena: +6/6






Przepiękna historia gorącej i szczerej miłości między diabłem a aniołem trwa nadal nabierając tempa. Wprawdzie Karasu zdołał wyrwać ukochanego z Piekła, ale nie wszystko poszło tak, jak powinno. Shirasagi stara się zachowywać, jak dawniej, lecz czuje, że coś jest nie tak. Bo niby, dlaczego nie ma cienia i jak to wytłumaczyć? Co właściwie się stało i w którym momencie? Czy może to mieć coś wspólnego z Belzebubem i jego planami, których nikomu nie zdradza, a które wydają się wiązać z postacią pewnego wysoko postawionego anioła? Co więcej, na drodze dwójki kochanków pojawia się Koumori, właściciel papugi, o którą od pewnego czasu troszczył się „diabelski” ksiądz. Kimkolwiek jest tajemniczy młody człowiek bezsprzecznie wie, z jakimi dwiema siłami przyszło mu się zmierzyć i bez najmniejszego skrępowania potrafi stanąć do walki z demonami mając nad nimi niejaką przewagę. To właśnie on postanawia pomóc zakochanym mężczyznom w czasie ich drogi ku wspólnej przyszłości i w poszukiwaniu akceptacji, ale też za jego sprawą wychodzi na jaw tajemnica Karasu. Anioł zaczyna, bowiem Upadać wykorzystując swoją moc w sposób, który jest sprzeczny z wolą Boga. Ale czy aby na pewno Najwyższy jest przeciwny miłości pomiędzy swoimi dziećmi? Czy pozwoli by walka pochłonęła niewinne istoty, które zupełnie przypadkowo znalazły się w tym oku cyklonu?


Drugi tom Innocent Bird wprawia czytelnika w jeszcze większy zachwyt, oferuje większą dawkę piękna i niesamowitych przeżyć emocjonalnych. Fabuła pędzi do przodu, zaskakuje i nie pozwala na nudę, chociaż to nie ona jest najważniejsza w przypadku tej mangi. Przede wszystkim, czytelnik może zaobserwować rozwój uczucia, które stanowi główny wątek całej historii. Karasu i Shirasagi, którzy do tej pory byli sobie po prostu bliscy, teraz uświadamiają sobie, co tak naprawdę czują, jak dalece uzależnili się od siebie i jak głęboko sięga ich miłość. Są zdecydowani by walczyć o uczucie, które rozpala ich wewnętrznie, zmienia sposób patrzenia na świat, uszczęśliwia mimo wszystkich trudności, przez jakie muszą przejść.

Hirotaka Kisaragi nie poprzestał jednak na samym obrazie miłości, ale w sposób naprawdę piękny oddał też konsekwencje płynące z zazdrości, która to skłania Karasu ku Upadkowi. Anioł walcząc ze swoimi wewnętrznymi demonami musi pokonać samego siebie chcąc zapanować nad zżerającą go klątwą, która z każdą chwilą przybliża jego Upadek. Jak cienka jest granica pomiędzy spokojnym dryfowaniem po morzu miłości, a wzburzonymi wodami zazdrości? Na szczególną uwagę zasługuje również fakt buntu przeciwko Bogu, rzucenia wyzwania Najwyższemu, jak także sposób, w jaki autor rozwiązał tenże problem. Mangaka podjął tym samym odwieczną dyskusję mającą na celu ustalenie, czy Bóg naprawdę istnieje, czy jest nieskończony i czy opuścił swoje Stworzenie przed wiekami, pozostawiając Świat pod opieką swoich aniołów. W mandze pojawia się także temat hierarchizowania uczuć i pragnień, który nakłania do refleksji i zastanowienia się nad nami samymi i naszym postępowaniem.


Czytając drugi tom Innocent Bird czytelnik może zadawać sobie pytanie: Czy na kartach mangi Bóg choć raz przemówił, a jeśli tak to, co właściwie chciał przekazać dwójce postaci, które na samym szczycie piramidy hierarchicznej postawiły ukochaną osobę, a dopiero za nią samego Boga. Czy komuś tak potężnemu spodoba się rzucone buńczucznie wyzwanie i niemal bluźniercze słowa płynące prosto z serca? Jak wiele można wybaczyć zakochanemu?

Hirotaka Kisaragi sprawił, że przez ciało odbiorcy przechodzą dreszcze, gdy zagłębiając się w lekturze Na Mo Naki Tori No Tobu Yoake dostrzega bezlitosność wierzeń religijnych chrześcijan, które ograniczają miłość, czy wręcz jej zabraniają. Jego postaci buntują się przeciwko regułom ustanowionym w imię Najwyższego, słuchają głosu serca i nie boją się wypowiedzieć wojny światu w imię swoich przekonań. To bezsprzecznie skłania do zadumy, zmusza do myślenia, wyciągania wniosków i opowiedzenia się po jednej ze stron. Bo, w jakiego Boga wierzymy – w dyktatora, czy w oblicze Miłości?



piątek, 7 lutego 2014

Kuroshitsuji tom 12 - Yana Toboso



Tytuł: Kuroshitsuji
Tom: 12
Autor: Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 5/6






Kiedy ożywiony przez Elitę Jutrzenki trup młodej kobiety zaczyna zabijać niewinnych, naiwnych ludzi, do akcji wkracza Ronald Knox – przesadnie entuzjastyczny Mroczny Żniwiarz. Jakkolwiek pomocny, jest także niezwykle uciążliwy, co zmusza Sebastiana i Ciela do rozdzielenia się. Niestety dochodzi do tego w możliwie najgorszym momencie, gdyż młody hrabia z pewnością potrzebuje swojego utalentowanego kamerdynera. Tak się mianowicie składa, że pokład Campanii pełen jest żądnych krwi, bezrozumnych bestii, które już rozpoczęły swoją masakryczną ucztę w przerażającym tempie zabijając pasażerów oraz załogę statku. Szalony eksperyment wymknął się całkowicie spod kontroli i teraz Ciel Phantomhive ma pełne ręce roboty dokładając wszelkich starań by ocalić nie tylko swoje życie, ale także swoją słodką narzeczoną. To jednak nie koniec atrakcji, jako że Campania płynie prosto na górę lodową, zaś na pokładzie pojawia się największa zmora Sebastiana.

O ile tom poprzedni był zaledwie przystawką dla fanów krwawych akcji z udziałem zombie, o tyle ten jest już daniem głównym, gdyż rubinowa posoka zalewa pokład statku, a ludzie umierają w męczarniach pożerani przez bezmyślne ożywione zwłoki. Naturalnie także zombie są licznie eliminowane przez garstkę co lepiej wyszkolonych jednostek, do których z pewnością warto zaliczyć naszego kamerdynera. Albowiem trafi nam się także okazja by rzucić okiem na istny taniec śmierci w wykonaniu Sebastiana. Prawdę mówiąc, dwunasty tom Kuroshitsuji należy chyba do najbardziej krwawych spośród wszystkich dotychczas wydanych, jako że tym razem wszelka brutalność nie wynika z szaleństwa, lojalności czy wdzięczności, jak miało to miejsce wcześniej, ale z czystej bezmyślności, której nie sposób nawet nazwać instynktem. Ta część serii naprawdę wymownie oddaje istotę istnienia zombie.


Nie ma wątpliwości, iż przy okazji tworzenia tego tomu Yana Toboso nawiązała bliską znajomość ze znanym każdemu, w mniejszym lub większym stopniu, filmem Titanic. Autorka bardzo wyraźnie podkreśla pewne wspólne dla filmu oraz tego epizodu mangi elementy – góra lodowa, rzut oka na bocianie gniazdo, panika ludzi z niższych pokładów pragnących wydostać się na górę, a nawet „romantyczna” scena na dziobie statku w wykonaniu wiadomego, odzianego na czerwono Żniwiarza oraz Ronalda. Cóż, w starciu między filmem, a mangą, Kuroshitsuji zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie i bije na głowę romansidło z Leonardo DiCaprio. W tej chwili aż chce się zacytować fragment serialu Supernatural:

Dean: Why did you un-sink the ship?
Balthazar: Oh, because I hated the movie.
Dean: What movie?
Balthazar: Exactly!


Pośród hektolitrów ludzkiej i trupiej krwi wylanych w tym tomie, autorka nie zapomniała o odrobinie szlachetnych uniesień i odwagi. Ciel prezentuje się nam jako wątły, ale niezwykle odważny rycerzyk, który za wszelką cenę pragnie dotrzymać obietnicy i chronić swoją uroczą narzeczoną, nawet jeśli wymaga to lekko brutalnych środków polegających na zdzieraniu z biedaczki ubrania. Niestety, szlachetna pobudki to za mało by wygrać przeciwko całej chordzie trupów. Sytuacja jest więc opłakana, a serce zatrzymuje się w piersi. I właśnie w tym momencie autorka postawiła na zaskoczenie. Ja na pewno nie spodziewałam się, że nasza zawsze niewinna i dziecinna Lizzie jest kimś więcej, niż tylko słodką upierdliwością na głowie Ciela.

Tak więc, dwunasty tom Kuroshitsuji na pewno rekompensuje czytelnikowi słabszą poprzednią część i wnosi do mangi interesujący element nowości, jaki widzimy w ostatniej scenie. Osobiście jestem wielką zwolenniczką zmiany, jaka wtedy zaszła, zaś pewna uciążliwa osóbka zyskała wiele w moich oczach. Nigdy bym nie pomyślała, że zachowanie Lizzie wypływa po prostu z miłości do Ciela, nie zaś z wrodzonej dziecinności. Poza tym, zadowoleni powinni być także miłośnicy Grella, który wraca po długim czasie nieobecności i wcale się nie zmienił. Oj, robi się ciekawie.