Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantastyka. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2016

News: Baraou no Souretsu nowością Waneko!

Waneko znowu ogłasza nowości! Na dobry początek...

Baraou no Souretsu
Autor: Aya Kanno


Gatunek/tematyka: dramat, średniowiecze, historia, fantasy/supernatural, Wiliam Szekspir
Ilość tomów: 5 (seria trwająca)
Szczegóły wydania: format standardowy, obwoluta,
tytuł będzie tłumaczony na j. polski
 Cena: 19,99 zł
Premiera tomu: 19 marca 2016


Opis: 
Anglią wstrząsa wojna domowa – dwa potężne rody, Yorkowie i Lancasterowie, walczą o to, kto zasiądzie na tronie. W tych mrocznych czasach ważna rolę do odebrania będzie mieć Ryszard, trzeci syn przywódcy Yorków. Chłopak już od samych narodzin skazany był na cierpienie, zaś pole bitwy nie jest miejscem dla niego, lecz ten, kto już raz wejdzie na ścieżkę wytyczona przez przeznaczenie, choćby chciał nie może z niej zejśc… Przygotujcie się na mroczną historię z elementami fantasy, inspirowana twórczością samego Williama Szekspira.*



Przedpłata: czekamy



*Opis i szczegóły wydania pochodzą ze strony/fan page'a wydawnictwa

wtorek, 29 września 2015

Doll Song tom 4 - Lee Sun-young





Tytuł: Doll Song
Autor: Lee Sun-young
Tom: 4
Wszystkich tomów: 5
Stan aktualny (KR): seria zamknięta
Wydawnictwo: Yumegari
Liczba stron: ??
Ocena: -5/6



Przed nami kolejny tom prawdziwie wyjątkowego, mrocznego romansu fantasy, który chwyta za serce i sprawia, że śledzimy losy bohaterów z zapartym tchem. Lee Sun-Young wielkimi krokami zbliża się do końca tej fascynującej przygody pełnej folkloru i gwałtownych, silnych uczuć kierujących krokami jej postaci. Magii „Doll Song” nie sposób się oprzeć, więc rzućmy okiem na czwartą część tego czarującego komiksu.

Nad Wulhaganem zbierają się czarne chmury, jako że dzień tajemniczej ceremonii jest coraz bliżej, zaś niezbędna podczas niej Woo-hee wciąż gości u Mi-ho. Z pozoru może się wydawać, że piękna lalka jest tam całkowicie bezpieczna, niestety ze wszystkich stron otaczają ją sprzeczne uczucia, które powoli, ale nieubłaganie zmierzają w bardzo złym kierunku. Urodziwa lisica, która otworzyła przed dziewczyną bramy swojego domu uciech, coraz bardziej cierpi z powodu nieodwzajemnionego uczucia do Ki-hyuna, zaś ten nie może pochwalić się pełnią sił witalnych i wydaje się do pewnego stopnia unikać Woo-hee. Nawet Shin-woo okazuje się nie być ideałem, za który tak usilnie starał się uchodzić, co otwiera złu drogę do jego serca i zagraża tym, którzy są blisko niego. Prawdziwa walka o życie swoje i innych właśnie się zaczyna.

Już na wstępie muszę przyznać, że ten tom „Doll Song” niewątpliwie jest najtrudniejszym jaki przyszło mi w tej serii recenzować. Jest to spowodowane faktem, że nagromadzenie wydarzeń, odpowiedzi na pytania i zamykanych wątków jest naprawdę ogromne. Na każdej stronie coś się dzieje, każda jest niezwykle istotna, zaś lektura wymaga od czytelnika ogromnego skupienia. Nie chcemy przecież, żeby coś nam przypadkiem umknęło. Tym bardziej, że intryga powoli zmierza ku końcowi. I tak, ktoś odkrywa karty, ktoś cierpi by inni mogli cieszyć się radością, gdy jedna osoba ukrywa swoją słabość, druga walczy z mrokiem, który pojawił się w sercu. Jak więc łatwo się domyślić, w tomiku gęsto jest nie tylko od akcji, ale także od uczuć, które choć różnorodne, okazują się w większości mroczne, co dotyczy także tych pozornie pozytywnych. Mamy więc do czynienia ze zgubną zazdrością, z żalem, beznadzieją, miłością, poświęceniem, smutkiem i nostalgią, a wszystko to sprawia, że ta część naprawdę zostaje z czytelnikiem na długo.

Miłość najczęściej kojarzona jest z pozytywnymi emocjami, które dodają skrzydeł, toteż naiwnie moglibyśmy sądzić, że w czwartym tomie „Doll Song” coś zacznie się w końcu układać. Niestety, a może właśnie „stety”, także tym razem miłość budzi raczej negatywne uczucia we wszystkich bohaterach. Odnajdziemy tu bowiem biorącą swój początek w tym uczuciu chorobliwą zazdrość, kuszącą demony wściekłość, samolubną chęć posiadania, a nawet nienawiść, przejmujący smutek oraz zagubienie. Wszystko to bez wątpienia sprawia, że mroczny klimat serii pogłębia się coraz bardziej, im bliżej zakończenia jesteśmy. W końcu mamy do czynienia z tytułem, który daleki jest od słodkich, wesołych czy wręcz komediowych historii dominujących na naszym rynku. Zdawaliśmy sobie z tego sprawę już przy okazji pierwszego tomu i w dalszym ciągu nie ulega to żadnej zmianie, co niewątpliwie jest ogromną zaletą serii.

Bezsprzecznie swój czar roztacza także niepewność, co do dalszego losu uczucia między piękną lalką i duchem śliwy. Czytelnik może domyślać się rozwoju wypadków, ale niewątpliwie nie może mieć całkowitej pewności, co do słuszności swoich przypuszczeń. Sądzę więc, że na swój sposób zakończenie tej historii jest dla nas zagadką, co bez wątpienia wzmaga nasz apetyt na poznanie zakończenia „Doll Song”. Co więcej, autorka w dalszym ciągu kreuje świat na fundamentach greckiej tragedii, w której losami bohaterów kieruje pokrętne, bezlitosne przeznaczenie, wydające się nie mieć w zanadrzu żadnego szczęśliwego zakończenia i z góry o nim przesądzające. Postaci otacza więc aura mrocznej, niejasnej przyszłości, niczym w dziełach tworzonych w epoce europejskiego romantyzmu, a to sprawia, że rozkosz czytania jest naprawdę ogromna.

Na koniec warto wspomnieć, że w tym tomie nasi bohaterowie wydają się bardziej dojrzali niż do tej pory. Ich emocje nabrały głębi i powagi, podobnie jak uczucia, które stały się bardziej dramatyczne i świadome. Do tej pory mieliśmy do czynienia z raczej niewinnymi przepychankami, które nie miały większego znaczenia dla innych osób, zaś teraz miłosny pięciokąt – albowiem właśnie z pięciokątem mamy do czynienia – zaczyna oddziaływać na osoby postronne. Co więcej, uczucia bohaterów okazują się coraz bardziej destrukcyjne dla nich samych, ponieważ wszystkie odczuwane przez nich emocje pociągają za sobą pewne konsekwencje. Miłość budzi zazdrość, zazdrość zasila nienawiść, nienawiść przyciąga zło, zło jest powodem do strachu, strach z kolei wpływa na niepewność. To właśnie ten emocjonalny łańcuch przyczynowo-skutkowy sprawia, że tom czwarty wyróżnia się spośród poprzednich dojrzałością.

Mając wszystko to na uwadze, mogę zapewnić osoby, które zakochały się w historii pięknej lalki, że i ten tom „Doll Song” na pewno nikogo nie zawiedzie. Wierzę, że autorka jest w stanie zadowolić również tych, którzy wciąż wahają się z kupnem tego tytułu, jako że cechuje go nieoparty urok kreski, pełnia nawiązań do folkloru, obecność fantastyki oraz klimatycznego, dramatycznego romansu. Za dodatkowy atut z pewnością można poczytywać sobie fakt, iż seria liczy zaledwie pięć tomów, a więc od wielkiego finału dzieli nas już tylko ostatnia część. Nie ma więc sensu zwlekać i lepiej sięgnąć po ten komiks jak najszybciej.

piątek, 27 marca 2015

News: Higurashi no naku koro ni nowością Waneko!

Na koniec wielki hit w wydaniu 2w1!

Higurashi no naku koro ni
Autor: Ryukishi 07, Suzuragi Karin/Houjyou Yutori/Suzuki Jirou/Tonogai Yoshiki

Gatunek/tematyka: dramat, tajemnica, horror, przemoc
Ilość tomów: Seria "pytań" - 8 tomów, seria "odpowiedzi" - 22 tomy + serie poboczne
Szczegóły wydania: format powiększony, kolorowe strony, wydanie 2w1 (grafika z nieparzystego tomu będzie obwolutą, grafika parzystego będzie dodatkową kolorową stroną.
Tytuł mangi (oraz podtytuły) będzie tłumaczony na język polski (będzie brzmiał "Gdy płaczą cykady")
 Cena: 27,99 zł
Premiera pierwszego tomu: 30 października 2015
Kolejne tomy: co trzy miesiące


Opis: 
"Nie wszystko jest takie piękne, na jakie wygląda..." Keiichi Maebara, który właśnie przeprowadził się do niewielkiej wioski o nazwie Hinamizawa, nawet nie wie, jak bardzo prawdziwe jest to krótkie zdanie... Na początku wszystko w jego nowym życiu wydaje się być w jak najlepszym porządku: wszyscy są dla niego mili, szybko zdobywa nowych przyjaciół w szkole, lecz sielanka kończy się w momencie, w którym chłopak dowiaduje się, że jego nowy dom skrywa mroczną tajemnicę... Przygotujcie się na jedną z najbardziej zaskakujących i niepokojących historii!*





Przedpłata: *KLIK*


*Opis i informacje pochodzą z fb wydawnictwa

sobota, 20 grudnia 2014

Doll Song tom 2 - Lee Sun-young





Tytuł: Doll Song
Autor: Lee Sun-young
Tom: 2
Wszystkich tomów: 5
Stan aktualny (KR): seria zamknięta
Wydawnictwo: Yumegari
Liczba stron: ???
Ocena: 6/6






Miłość jest krwią, którą serce tego świata pompuje przez każdego z nas bez wyjątku, zaś wszelkie uczucia niczym tlen przepływają dzięki niej od człowieka do człowieka, pozostając w bezustannym ruchu. Nie sposób od niej uciec, nie można zamknąć oczu, zasłonić uszu i udawać, że nie istnieje. Miłość po prostu jest i pojawia się w każdej dziedzinie życia, w sztuce, w literaturze, w muzyce. Jest pępkiem świata, zaś „Doll Song” to składany jej niezmierzenie piękny hołd.

Dramatyczne wydarzenia oraz świadomość własnej odmienności wyczerpały Woo-hee, która znajdując się pod opieką swojego stwórcy przebywa w ekskluzywnym domu uciech. Jest teraz w pełni świadoma uciekającego czasu, ale nie potrafi zrozumieć, w jaki sposób straciła wszystkie wspomnienia odległej przeszłości i co pchnęło ją do opuszczenia ducha śliwy. Mimo problemów z pamięcią, bardzo powoli powracają do niej strzępki dawnych przeżyć, które dziewczyna próbuje poukładać w całość. W tym samym czasie, jej ojciec prowadzi swoje własne gierki, wysługując się przy tym demonami. Najwidoczniej nie przewidział jednak, że córka może wymknąć mu się spod kontroli. Tak się składa, że nieomal równocześnie, tajemniczy podróżnik próbuje trafić do Wioski Śliwy, gdzie ma nadzieję odnaleźć swoją wyjątkowo piękną ukochaną sprzed dziesięciu lat. Jest przekonany, że jego wybranka zupełnie się przez ten czas nie zmieniła. Czy rzeczywiście może tak być?


„Miłość romantyczna ma trzy wymiary. Po pierwsze, można kochać bez wzajemności.” (strona 203)

Jak wspomniałam wyżej, „Doll Song” to hołd składany miłości, która jest esencją tego tytułu, nadzieją, dramatem, wahaniem. Nieodwzajemnione uczucie to jeden z tych właśnie dramatów tego tomu. Wprawdzie temat zostaje dopiero wprowadzony na poważnie, ale już teraz czujemy jego ciężar i możemy poczuć ból postaci, które mają to wątpliwe szczęście zmierzyć się z miłością ogromną, ale jednostronną. Autorka wybrała do tego dwie istoty, z których żadna nie jest człowiekiem, ale obie potrafią zatracić się w uczuciach niezwykle ludzkich, ale jakże silnych. Prawdę mówiąc, mamy wrażenie, że miłość i w konsekwencji wszystkie jej produkty uboczne – zazdrość, nienawiść, smutek – czynią tę dwójkę nieszczęśników niemal szalonymi. Odpowiedzią na obłęd miłości w przypadku braku wzajemności jest krew, która syci furię i najwidoczniej przynosi chwilową, ale znikomą ulgę. Zresztą, warto również zwrócić uwagę na fakt, że im mniej człowieczeństwa powinno być w tej dwójce postaci, tym goręcej i głębiej kochają, a przyznam, że mam ogromną słabość do motywu: im mroczniejsze serce, tym mocniej czuje. W tym miejscu wypada także zauważyć, iż Lee Sun-young w znakomity sposób zestawiła ze sobą delikatność i niewinność Woo-hee, która jest tylko zwykłą, ożywioną lalką, z brutalną siłą namiętności istot nadnaturalnych, posiadających pewną władzę. To naprawdę robi wrażenie i działa na wyobraźnię, jako że czytelnik zaczyna się wahać, nie wiedząc po której stronie powinien się opowiedzieć.


„Po drugie, miłość może być uczuciem łączącym parę ludzi.” (strona 203)

Miłość odwzajemniona to kolejny wątek, który zostaje nam tutaj przedstawiony, chociaż nie mamy żadnej pewności, że takie przypuszczenia są słuszne. Nie wiemy do końca, co było głównym powodem ucieczki Woo-hee od swojego stwórcy – miłość czy może strach. Przyznaję, że podczas lektury mamy wrażenie, że autorka robi nam to specjalnie i bawi się z nami. Z jednej strony, pozwala wierzyć, że ciepło, troska i uśmiech łagodnego mężczyzny mogły dotrzeć do równie uroczej Woo-hee, tymczasem z drugiej, ukazuje wahanie, niepewność, ucieczkę, podczas której dziewczyna odwraca się do tyłu. Jak więc mają się sprawy z tą odwzajemnioną miłością u Lee Sun-young? Ryzykiem jest pokusić się o jakiekolwiek stwierdzenie, kiedy zakończenie może okazać się naprawdę nieprzewidywalne, ale wydaje mi się, że autorce bliższy jest dramat tej serii oraz gwałtowność uczuć, toteż swój obraz miłości obustronnej postanowiła zbudować właśnie na fundamencie tej nieodwzajemnionej. Które uczucie okaże się więc tym szczęśliwym i rzeczywiście „łączącym parę ludzi”? Nie oszukujmy się, autorka w doprawdy perfekcyjny sposób szachuje uczuciami swoich bohaterów, czym pobudza również i swojego czytelnika.


„I po trzecie… Ból rany, którą sobie zadałem, doprowadza mnie do szaleństwa.” (strona 203-204)

Sądzę, że w tym miejscu wypada wspomnieć również o bólu, do którego prawdziwych powodów duch śliwy nie chce się przyznać nawet przed samym sobą. Jako czytelnicy, wiemy doskonale, że całemu temu bolesnemu zamieszaniu winna jest miłość, zaś cierpienie płynie z chorobliwej zazdrości oraz straty ukochanej. Bez problemu zauważamy jednak, iż sam główny zainteresowany odbiera to zupełnie inaczej. W jego mniemaniu, ból bierze swój początek z cielesnej i duchowej rany – ciało z jego ciała zdradziło go, uciekło, a brakująca część nigdy nie odrosła. To bardzo ciekawy zabieg, który idealnie pasuje do kogoś tak łatwo wpadającego w gniew i tak bezlitośnie rozprawiającego się z przeszkodami, jakie stają mu na drodze. Lee Sun-young kreując ducha śliwy doskonale wiedziała, w jaki sposób oddać jego mrok i szaleńczą pasję, a przy okazji zmiękczyć czytelnika. Chyba każdy zgodzi się ze mną, iż spisała się na medal, gdyż jej czarny charakter jest jednocześnie jednym z najbardziej wyrazistych i romantycznych bohaterów serii, ponieważ łączy w sobie sprzeczności, których może sam nie jest jeszcze świadomy. Uwielbiam go.

Na koniec chciałabym nadmienić, iż w tym tomie autorka powoli sięga do kolejnych elementów folkloru, które czynią „Doll Song” tytułem jeszcze bardziej interesującym, gdyż dramaty nabierają dzięki nim dodatkowej mocy, zaś miłosna intryga staje się tym bardziej wyrafinowana. Dzięki tym właśnie motywom, Lee Sun-young rozbudowuje swoją historię coraz bardziej, a temat uczuć traci swój zwyczajny, ludzki wymiar. Bohaterowie kochają mocniej, mocniej nienawidzą, dotkliwiej cierpią, mają więcej możliwości zemsty, rozładowania złości. Wprowadzenie dodatkowych elementów ludowych wierzeń bezsprzecznie sprawia, że tytuł ten wydaje się nam w równej mierze eteryczny i gwałtowny, a więc w pełni wyjątkowy.

W jaki sposób mogę podsumować to, co podsumowania nie wymaga? „Doll Song” to manhwa, która robi wrażenie, zmienia obraz nudnej, przereklamowanej miłości w walkę żywiołów. Tutaj granica między przeciwieństwami zostaje zatarta – dobro i zło, miłość i nienawiść, mrok i jasność, wszystko jest jednym. To bez wątpienia najlepszy tytuł roku 2014!


niedziela, 14 grudnia 2014

Bisu. Ognista Salamandra tom 4 - Dorota Kuśnierz





Tytuł: Bisu. Ognista Salamandra
Autor: Dorota Kuśnierz
Tom: 4
Wydawnictwo: Yumegari
Liczba stron: 188
Ocena: =5/6







Tilli, uprowadzona córka wodza wikingów, została wyswobodzona z rąk swojego niedawnego męża, króla trolli i teraz wraz z grupą krasnoludów oraz pozostającym pod postacią salamandry Bisu musi wrócić w rodzinne strony. Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by ta wesoła, zwycięska kompania po drodze zatrzymała się choć na chwilę w krasnoludzkiej kopalni Nidavellir, gdzie młoda dziewczyna będzie mogła zdjąć z palca niechcianą obrączkę ślubną. Przy okazji, Bisu nie odmówi sobie przyjemności podrażnienia się ze swoimi kompanami, w czym pomoże mu między innymi niezbyt chwalebna historia pięknego naszyjnika bogini Freyi, który chłopak tak usilnie stara się skompletować. Los bywa jednak przewrotny, toteż stosunkowo niedługi pobyt w Nidavellir niesie za sobą wiele rewelacji dla bohaterów, których przyszłość nabiera mroczniejszych barw i z każdą chwilą okazuje się bardziej niebezpieczna.

Nordycka mitologia to źródło niegasnącego natchnienia dla wielu twórców, którzy odważnie sięgają do tego barwnego świata fantastycznych istot, walecznych bogów i krwawego końca świata. Jednych fascynują te żywe kolory różnorodności, innych pociąga mrok toczonej odwiecznie walki. A ku której stronie skłania się Dorota Kuśnierz w czwartym tomie swojego komiksu Bisu. Ognista Salamandra? Myślę, że odpowiedź jest całkiem oczywista, jako że autorka sięga przede wszystkim do bogactwa mitologicznych istot, które stanowią jedną z najważniejszych części odmalowanego przez nią świata. To także oni – krasnoludy, trolle, wikingowie, ognista salamandra na usługach bogini Freyi – silnie splatają ten komiks z fantastyką. Niewątpliwie w tym temacie swoje trzy grosze mogłaby dorzucić również sceneria rozgrywających się wydarzeń, bo czym byłyby krasnoludy bez kopalni. Element ten jest oczywisty, ale warto o nim wspomnieć, ponieważ autorka stara się nakreślić swój Nidavellir dbając o charakterystyczne dla niego „kopalniane” szczegóły, co pozwala czytelnikowi z jeszcze większą dokładnością poznać świat przedstawiony komiksu.

Nie skłamię ani nie przesadzę, jeśli napiszę, że Bisu. Ognista Salamandra to kopalnia interesujących, zabawnych i nade wszystko barwnych bohaterów, którzy szybko zjednują sobie czytelnika. Każdy z nich ma w sobie coś szczególnego, co czyni go wyjątkowym, jak chociażby kąśliwość Bisu, niewinność Tilli, zagubienie Alva czy porywczość i miłosna słabość Dallaka. Te drobne elementy przybliżają nam wnętrze postaci tej historii, a w szczególności czwartego tomu. Ich istotną cechą jest również przynależność rasowa i towarzysząca temu różnorodność fizyczna, która zwiększa charakterystyczność każdego z bohaterów, dzięki czemu łatwiej zapadają w pamięć i nie sposób ich ze sobą pomylić. Ostatnim elementem, a zarazem dopełnieniem trójwymiaru, w jakim autorka przedstawia swoje postaci, są przeszłość, teraźniejszość oraz przyszłość. To one pozwalają na obserwowanie wydarzeń naznaczających życie bohaterów w większym lub mniejszym stopniu, co stanowi dobry fundament pod ewentualny rozwój wewnętrzny postaci w kolejnych tomach. To także one nakreślają w tej części mitologiczne odniesienia, jako że bogowie nie odgrywają tutaj bezpośredniej roli. Tym samym można powiedzieć, iż Dorota Kuśnierz tworzy swoich bohaterów na kilku płaszczyznach, które nachodząc na siebie tworzą każdą indywidualną postać z osobna.

Jeśli zaś chodzi o akcję tego tomu, należy przyznać, że jest jej stosunkowo niewiele. Rozdziały noszą znamiona osobnych historii, które wydają się być chwilą dla nabrania oddechu między poprzednimi i nadchodzącymi wydarzeniami. Krok po kroku pojawia się jakiś element, który może mieć znaczenie w przyszłości, jednakże teraz jest tylko pojedynczą złotą nicią pośrodku barwnej, ale jednak zwyczajnej tkaniny. Przyznaję, że jest to pewien minusik, niemniej jednak, nie oznacza to, że czytelnik nudzi się w tym tomie i tylko łowi ważniejsze momenty. Autorka zadbała by spokój tej części wypełnił humor towarzyszący nieodłącznie spięciom pomiędzy Bisu i Dallakiem oraz innym scenom komiksu. To jak weekendowe odwiedziny u rodziny – grill, ploteczki, relaks przed kolejnym ciężkim tygodniem pracy. A wspomnę, iż ten „ciężki tydzień” zostaje zapowiedziany już w tym tomie!

Na zakończenie, wiele dobrego można powiedzieć o szacie graficznej Bisu. Przede wszystkim, komiks jest doskonale stylizowany na mangę, co widać już na pierwszy rzut oka, dzięki czemu czytelnik naprawdę ma pełną świadomość, jak wiele pracy i wysiłku Dorota Kuśnierz musiała włożyć w stworzenie pełnego tomiku. Co więcej, autorka w żadnym razie nie idzie na łatwiznę i stara się możliwie najczęściej tworzyć tła dla poszczególnych kadrów, jak również nie ucieka przed szczegółami scenerii, postaci, strojów. Jej kreska jest staranna, ale nie wyidealizowana, dzięki czemu naprawdę doskonale wpasowuje się w konwencję shounen oraz fantasy. Wszystko to sprawia, że Bisu czyta się z przyjemnością i naprawdę można zapomnieć, że jest to dzieło naszej rodzimej rysowniczki.


Podsumowując, Bisu. Ognista Salamandra to kolejny dowód na to, że w naszym kraju nie brakuje zdolnych artystów, którzy zasługują na szczególną uwagę, a także jeden z nielicznych na naszym rynku tytułów, które w pełni wpisują się w fantastykę. To naprawdę obiecujący komiks, w którym nie brakuje wyjątkowych bohaterów, w tym także półgłówków, prostego humoru oraz nakręcającego wszystko motywu mitologicznego. Uważam więc, że jest to komiks wart zainteresowania czytelników i osobiście mam zamiar śledzić jego kontynuację, jak również nadrobić zaległości.


piątek, 17 października 2014

Książę Piekieł. Devils and Realist tom 2 - Madoka Takadono, Utako Yukihiro




Tytuł: Książę Piekieł
Podtytuł: Devils and Realist
Tytuł alternatywny: Makai Ouji: Devils and Realist
Autor: Madoka Takadono (fabuła), Utako Yukihiro (ilustracje)
Tom: 2
Wydawnictwo: Studio JG
Liczba stron: 186
Ocena: 5/6






Życie Williama Twininga byłoby nieomal piękne, gdyby musiał zmagać się wyłącznie z problemami finansowymi oraz z zaginięciem wuja. Tak się jednak składa, że wybrańcy nie mają prawa do takich przywilejów, więc na biedną głowę zatwardziałego realisty spada coraz więcej dziwactw. Ma już na karku dwa demony, które za nic nie chcą się od niego odczepić, ale widać dla losu to nadal za mało. W raczej niesprzyjających okolicznościach, chłopak poznaje więc kolejne Filary swojego przodka i rozwiązuje zagadkę ducha nawiedzającego dom przyjaciela. Niestety, to nie koniec przygód stąpającego twardo po ziemi potomka samego biblijnego Salomona, gdyż szkolny pastor węszy obecność zła na terenie szkoły, a to oznacza, że dwa cienie Williama znajdują się w bardzo niepewnej sytuacji, która w każdej chwili może przerodzić się w nieprzyjemny, otwarty konflikt.

Pierwsze tomy mają to do siebie, że są pierwsze, toteż nie sposób wyodrębnić w nich cech szczególnych czy też reguł, których planuje trzymać się autor. Część kolejna zazwyczaj pozwala na stworzenie pewnego zarysu, który wraz z kontynuacją może ulec zmianie lub, wręcz przeciwnie, umocnić się w swojej formie. W przypadku Księcia Piekieł. Devils and Realist taką regułę stanowi wdrażanie do historii nowych, istotnych dla fabuły postaci oraz umacnianie pozycji tych już wcześniej zaprezentowanych. I tak, wraz z drugim tomem serii, widzimy jak wokół naszego głównego bohatera powoli zaczyna tworzyć się harem demonów. Po plecach niektórych osób zapewne przeszedł właśnie dreszcz strachu, ale spokojna głowa. Wspomniany przeze mnie harem różni się pod względem płci oraz wieku, o ile naprawdę powinniśmy mówić o czymś tak przyziemnym w stosunku do demonów. W każdym razie, możemy zakładać, że z tomu na tom przyjdzie nam poznawać nowe twarze gromadzące się wokół Williama, a niektóre z nich mogą być doprawdy niezwykle urocze.


O tym, że William Twining to typ upartego osła, wiemy doskonale już po lekturze pierwszego tomu, kiedy to nie mogąc całkowicie zaprzeczyć istnieniu demonów zakwalifikował je w poczet atomów. Chłopak naturalnie w dalszym ciągu cząstką siebie odrzuca to, co sprzeczne z rozsądkiem, a nawet działa na przekór sobie, ale dostrzegamy w nim pewną łagodność, która przedziera się przez maskę gruboskórnego, gniewnego realisty. Okazuje się, że między Williamem i jego dwoma demonicznymi cieniami, Dantalionem i Sytry, rodzi się swoiste przywiązanie i troska. Tym samym, widzimy, że chociaż mamy do czynienia z indywidualistą, który zawsze stara się radzić sobie sam i usiłuje o własnych siłach zajść możliwie najwyżej, to jednak jest on osobą łatwo przywiązującą się do ludzi (i nie tylko ludzi). W kontekście tego tomu wydaje mi się to niezwykle istotne, gdyż w grę wchodzą przecież demony, a przyjaźń z nimi to raczej niecodzienne zjawisko. Jeśli weźmiemy pod uwagę także pojawiające się miejscami retrospekcje odnoszące się do Salomona, bezsprzecznie zauważymy, jak niewiele z demonów jest w demonach.

Skoro mamy już tę „ciemną stronę mocy” to wypada chyba znaleźć również tę „jasną”, którą dostrzegamy w tej części w osobie szkolnego pastora. Nie trudno się jednak domyślić, że skoro demony stanowią tutaj ten raczej łagodny obóz, to instytucja Kościoła musi być tym bezwzględnym i nieugiętym. Przyznaję, że wcale mnie to nie zaskoczyło i prawdę mówiąc, było do przewidzenia. Nie oszukujmy się, jaki Kościół był i jest każdy wie, więc raczej nie można oczekiwać, że w Księciu Piekieł osoby o skrajnych poglądach wykażą się wyrozumiałością i chęcią rozmowy ze stroną przeciwną. Tym samym, stanowią one wręcz perfekcyjny materiał na antagonistów. W szczególności w historii, która zdaje się poddawać w wątpliwość niektóre ogólnie przyjęte prawdy, niezmiennie pozostając osadzoną w przeszłości fikcją.


No dobrze, ale skoro mamy demony i walczący z nimi kler to, co z innymi wierzeniami? To dopiero drugi tom, więc w ten temat na razie nie wchodzimy zbyt głęboko, ale już teraz staje się faktem oczywistym, że demonologia to nie jedyna paranormalna dziedzina Księcia Piekieł. Madoka Takadono oraz Utako Yukihiro sięgają także do angielski-szkockiego folkloru, bardzo powoli i nieśmiało rozbudowując bestiariusz swojej serii. Uważam to za niezwykle interesujące, ponieważ wierzenia typowo religijne łączą się w ten sposób z codziennymi i tak naprawdę nawet przez chwilę nie zwalczają się wzajemnie. Zresztą, podobne posunięcie pozwala mieć nadzieję na to, że manga naprawdę rozwinie skrzydła i uczyni świat przedstawiony jeszcze bardziej interesującym i fantastycznym.


Reasumując, drugi tom Księcia Piekieł. Devils and Realist nie posuwa jeszcze historii do przodu, ale na fundamencie poprzedniej części powoli zaczyna już coś budować. Z powodzeniem możemy więc oczekiwać, że seria rozwinie się w naprawdę przyjemny kawałek lekturki i przyznam, że czekam na to z niecierpliwością. Przed nami jeszcze nie jeden tom, a więc i na pewno znajdzie się coś, co nas zaskoczy, zachwyci i zachęci do serii tych, którzy ciągle się wahają.



Przykładowe strony: *KLIK*

poniedziałek, 13 października 2014

Pet Shop of Horrors tom 4 - Akino Matsuri





Tytuł: Pet Shop of Horrors
Autor: Akino Matsuri
Tom: 4
Wydawnictwo: Taiga
Liczba stron: 210
Ocena: 6/6





„Pet Shop of Horrors” już od pierwszego tomu był prawdziwym ideałem, którego brakowało na naszym rynku. Zaliczany do mangowej klasyki, okazał się idealnie odpowiadać na współczesne trendy, a co za tym idzie, zaczął rozpieszczać nasze zmysły i okazał się balsamem na spragnione podobnych tytułów serca. Nic więc dziwnego, że czwarty tom tej serii stanowi solidną dawkę tego co najlepsze, czyli nieodmiennie związanej z Hrabią D tajemnicy, uwielbianej przez wielu fantastyki, solidnego, prostego humoru oraz elementów kryminału, bo przecież mamy tu nie tylko podejrzliwego pana detektywa, ale także owiane tajemnicą zbrodnie. Tym samym, Akino Matsuri po raz kolejny zafundowała nam rozrywkę z najwyższej półki i przypomniała nam, za co tak bardzo kochamy tę mangę.

Kiedy ginie Jody McDowell, nudny szary mężczyzna zainteresowany komputerami i rybami, detektyw Orcot znowu wkracza do akcji. Chociaż policjant najchętniej by tego uniknął, jego drogi znowu prowadzą do sklepu zoologicznego Hrabiego D. Ktoś musi przecież zaopiekować się tropikalnymi rybkami denata, a i odrobina pomocy w śledztwie nie zaszkodzi, jako że ta sprawa to naprawdę twardy orzech do zgryzienia. Koniec końców, ten detektyw zawsze narzeka, a później i tak sam wraca do sklepu zoologicznego w Chinatown, ilekroć nie ma nic ciekawszego do roboty. Zresztą, tajemniczy Hrabia D i nieugięty Orcot są wręcz na siebie skazani, toteż nic dziwnego, że mają okazję spotkać się również przy okazji kręcenia filmu fantasy, zaś kiedy po kraju grasuje wampir – morderca to właśnie Hrabia może stać się jego kolejną ofiarą. Ktoś musi więc mieć na niego oko, a któż nadaje się do tego lepiej niż sam detektyw Orcot?


Odrobinę wyżej wspomniałam o trendach, które znajdują swoje odzwierciedlenie w „Pet Shop of Horrors” i sądzę, że warto napisać o nich trochę więcej w kontekście tego tomu. Odnajdziemy tu bowiem przede wszystkim dwa motywy, które już od pewnego czasu zajmują szczególne miejsce zarówno w literaturze, jak i w filmie. Po pierwsze – konie. Nie trzeba rozumieć ich fenomenu by zauważyć, iż jeszcze do niedawna pojawiały się one w literaturze przeznaczonej dla młodych ludzi, a także w skierowanych do nich filmach. Przyznaję, zawsze mnie to interesowało, ale nigdy nie mogłam zrozumieć, co takiego mają w sobie te istoty, że ludzi tak bardzo do nich ciągnie. Akino Matsuri poświęciła temu zagadnieniu jeden z rozdziałów czwartego tomu i co ciekawe, przy tej okazji po raz pierwszy stworzyła postać, która zdołała oprzeć się magii sklepu zoologicznego Hrabiego D.

Drugim istotnym trendem, który współcześnie wywołał istną rewolucję, są wampiry. Bez wątpienia każdy z nas miał do czynienia z bardziej lub mniej ambitnymi tytułami poruszającymi ten temat, każdy jest w stanie wymienić jedną czy dwie powieści, w których pojawiają się krwiopijcy, a i nasz rynek mangi może pochwalić się wampirzymi seriami. Jest to więc motyw pod wieloma względami wiecznie żywy i tym razem znalazł swoje miejsce również w „Pet Shop of Horrors”, gdzie podkreśla wyjątkowość Hrabiego D i pogłębia jeszcze bardziej otaczające tę postać tajemnice. Warto zauważyć, że w tym jednym rozdziale autorka zdołała zamknąć między innymi komedię, dramat miłosny, sensację i kryminał, a wszystko w jak najlepszym stylu. Taką historią można się z powodzeniem rozkoszować, a jej finał sprawia, że znowu zastanawiamy się nad tym, kim jest nasz Hrabia D, jakie sekrety ukrywa przed światem, czego jeszcze możemy się o nim dowiedzieć.


Zresztą, nie tylko my zastanawiamy się nad tajemnicami tego wyjątkowego Azjaty. Detektyw Orcot również nie ustaje w podejrzeniach i węszy korzystając z każdej nadarzającej się okazji. Prawdę mówiąc, w tej części znajduje się prawdopodobnie bliżej prawdy niż kiedykolwiek wcześniej. Problem w tym, że kierując się wyłącznie czystym rozsądkiem realisty, nie dostrzega tego, co kryje się pod powłoką złudnej rzeczywistości. Co więcej, może się nawet wydawać, że Hrabia D w pewnym stopniu bawi się z niedowierzającym zmysłom i faktom detektywem. Podrzuca mu trop prowadzący do odkrycia fantastycznej prawdy, ale szybko zmienia jego tor myślenia dodając coś więcej, jakąś inną cząstkę, która pozwala na racjonalne wyjaśnienie zjawiska. Cóż, detektyw sam jest sobie winien, bo chociaż ma pod nosem pewne tropy i odpowiedzi, to bezustannie pozostaje ślepy i głuchy. I jak go nie kochać?



Na osobne miejsce w tej recenzji zasługują także rozdziały z cyklu „Detektyw i jego kwiat”, w których główną paranormalną rolę odgrywają właśnie kwiaty. Są to dwie części różniące się od siebie całkowicie, ponieważ druga przedstawia historię zbliżoną do tych „zoologicznych”, z jakimi mieliśmy do tej pory do czynienia, podczas gdy pierwsza… No właśnie. Co z nią? Przede wszystkim, ukazuje nam nowe oblicze relacji między detektywem i Hrabią D. Do tej pory, Orcot wydawał się być uciążliwym, ale zabawnym zwierzątkiem, jak butny pies – przybłęda, który przyczepił się do nieznajomego człowieka. W tym rozdziale wydaje się jednak awansować do rangi kogoś wartego pomocy, a w pewnym stopniu może nawet niewinnego. W końcu, w dotychczas wydanych tomach, interwencje Hrabiego wychodziły na dobre tylko tym „dobrym”. Ponadto, na końcu pierwszego rozdziału „Detektyw i jego kwiat” nasuwa się pytanie o umiejętności Hrabiego D. Czy potrafi przewidzieć przyszłość? Przyznam, że ta historia trochę mnie zaskoczyła i naprawdę przypadła mi do gustu. Jest bez dwóch zdań fantastyczna.

W ramach podsumowania kolejnego wspaniałego tomu serii, która już po pierwszej części wskoczyła na szczyt mojej listy ulubionych mang, pozwolę sobie porównać „Pet Shop of Horrors” do witamin, które w jednej tabletce mieszczą wszystko, co potrzebne organizmowi. Taka jest właśnie ta seria. Jeden tom jest kompletnym zestawem niezbędnych elementów tworzących idealną mangę, której czytanie sprawia prawdziwą, niezastąpioną rozkosz. Zachowajcie jednak ostrożność, jako że „Pet Shop of Horrors” silnie uzależnia.



sobota, 27 września 2014

Śmiech w chmurach tom 1 - KarakaraKemuri





Tytuł: Śmiech w chmurach
Tytuł alternatywny: Donten ni Warau
Autor: KarakaraKemuri
Tom: 1
Wydawnictwo: Waneko
Liczba stron: 192
Ocena: -5/6







Sneak Peek:
Kiedy policja zawodzi i więźniowie wymykają im się z rąk, do akcji wkraczają trzej bracia Kumou, których zadaniem jest schwytanie uciekinierów i dostarczenie ich do znajdującego się na środku jeziora Biwa więzienia. Mieszkający w Świątyni Chmur chłopcy muszą przecież z czegoś żyć zanim upomni się o nich przeznaczenie, które nierozerwalnie wiąże ich losy z budzącym się co trzysta lat wężowym demonem Orochim.
Sześć wieków wcześniej, przodek braci Kumou, Kagemitsu również wyczekiwał przyjścia demona by wraz z bliskimi sobie kompanami zapieczętować go i nie dopuścić do zniszczenia świata. Za sprawą pięknej shikigami, do polującej na Orochiego grupy dołączyło beztalencie należące do klanu egzorcystów Abe, co dało początek tworzącym się niciom miłości i przyjaźni. Prawdopodobnie nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, jak istotna okaże się ta nowa znajomość.

Fantastyka historyczna, czyli bardziej historia czy bardziej fantastyka:
Fabuła Śmiechu w chmurachskonstruowana została na dwóch płaszczyznach: mniejszej – historycznej oraz większej – fantastycznej. Pierwszy tom to w głównej mierze fantastyka, która została osadzona w historycznych czasach. W przypadku pierwszej części mangi mamy okazję poznać charakterystykę epoki, w której rozgrywa się akcja, w drugiej przybliżona jest nam za to fantastyczna (chodzi o gatunek) intryga. Wartość edukacyjna ustępuje więc miejsca rozrywce i tym samym, osoby nastawione raczej sceptycznie do „japońskiego Sienkiewicza w wersji mangowej” mogą odetchnąć z ulgą. KarakaraKemuri nie zasypuje nas historycznymi faktami, datami czy nazwiskami, a jedynie tworzy tło dla swojej opowieści o trzech braciach. Ot, mangowy Juraj Červenák, czyli alternatywna wersja przeszłości, wzbogacona o sporą dawkę fantazji.


„Złotowłosa i trzy misie”, czyli bohaterowie:
Wprawdzie po pierwszym tomie mangi nasza uwaga powinna skupić się na trzech, chciałoby się powiedzieć najważniejszych, postaciach serii, jednakże mangaka obiera zupełnie inną drogę, pozwalając nam jedynie zapoznać się przelotnie z braćmi Kumou i rzucić szybko okiem na ich charaktery. To naprawdę niewiele, a jako że ich kreacja nie jest kompletna, nie mamy nawet okazji się do nich przyzwyczaić. Zaledwie dowiadujemy się o nich kilku szczegółów, a już tracimy ich z oczu. Ustępują oni bowiem miejsca bohaterom uczestniczącym w wydarzeniach rozgrywających się 600 lat wcześniej i tak naprawdę to właśnie oni są główną atrakcją tego tomu. Jesteśmy świadomi targających nimi emocji, widzimy ich wzloty i upadki, momentalnie obdarzamy ich sympatią. Po tomie pierwszym są nam dużo bliżsi niż trzej bracia, a przecież mamy świadomość, że w Śmiechu w chmurach każdy z bohaterów ma nam coś do zaoferowania. Mam więc szczerą nadzieję, że pod tym względem drugi tom bardziej mnie usatysfakcjonuje.

Shounen/shoujo, czyli w końcu które?:
Podejrzewam, że problem gatunku Śmiechu w chmurach to jeden z tematów, który najbardziej interesuje potencjalnego czytelnika, więc poświęćmy temu trochę miejsca. Po przeczytaniu pierwszego tomu, na pewno nie zarzuciłabym Donten ni Warau braku akcji typowej dla mang przeznaczonych dla chłopców. Tak się składa, że walki i tajemnicy tu nie brakuje, a w międzyczasie możemy śledzić także zabawne, niezgrabne flirty zakochanego młokosa. Niemniej jednak, to nie akcja wychodzi na pierwszy plan, jak ma to miejsce w przypadku wielu mang z gatunku shounen. Zdecydowane ważniejsze są tutaj uczucia, którymi mangaka naszpikowała Śmiech w chmurach, toteż myślę, że właśnie to jest tym głównym elementem shoujorecenzowanego przeze mnie tytułu. Dostrzeżemy w nim bowiem zarówno dramat przeznaczenia, jak i miłość nadającą sens istnieniu czy liczne elementy braterstwa: troskę, chęć pomocy, uwielbienie, poszukiwanie uznania. Myślę więc, że w przypadku tego tytułu należy odejść od standardowych gatunków, gdyż Donten ni Warau nie jest ani tytułem shounen, ani shoujodo jakich przywykliśmy. Mówiąc stereotypowo – za dużo uczuć dla chłopaka, za dużo walki dla dziewczyny. Stereotypy powinniśmy jednak zwalczać, gdyż często mają się nijak do prawdy, więc nie dajmy się im zwodzić. To, co w Japonii uznawane jest za shoujo, niekoniecznie będzie postrzegane tak samo w Polsce.


Szata graficzna:
KarakaraKemuri naprawdę ma się czym pochwalić, jako że jej kreska jest niezwykle staranna, przejrzysta i bogata w szczegóły. Dalszy plan w większości przypadków pozostaje pusty, jednakże kiedy już się pojawia, jest on dopracowany i dokładny. Warto również wspomnieć, iż tworzeni przez nią młodzi bohaterowie są wyjątkowo uroczy, na co wpływa charakterystyczna dla mangaki „pulchność” twarzy, zaś postaci starsze należą do grupy bardziej realistycznych, „kanciastych”. Kolorystycznie, biel ma niewielką tylko przewagę nad szarością i czernią, dzięki czemu manga zachowuje doskonałą równowagę. Co więcej, Śmiech w chmurachwita czytelnika cudowną obwolutą, z czego Polskie wydanie może pochwalić się niezwykłą gładkością oraz naprawdę wspaniale wyeksponowanymi złotymi motywami, które kuszą i zachęcają do zainteresowania się serią. Graficznie manga prezentuje się więc doskonale.

W kilku słowach:
Po przeczytaniu pierwszego tomu Śmiechu w chmurach, czuję pewien niedosyt ze względu na niewystarczające, moim zdaniem, przedstawienie głównych bohaterów, ale jednocześnie jestem świadoma tego, że niemożliwym byłoby zaprezentowanie kolejnego rozdziału dotyczącego braci oraz historii sprzed 600 lat w tym samym tomiku. Nie żałuję więc czasu poświęconego temu prawdziwie interesującemu i wspaniałemu tytułowi, jak również bez wahania poleciłabym go każdemu bez wyjątku, a już na pewno płci męskiej. Tak się składa, że Donten ni Warau ma w sobie coś niezwykłego, czemu trudno się oprzeć, więc dajcie się porwać mandze, w której konkurujące ze sobą gatunki splatają się w jedno i tworzą powoli rozwijające się cudeńko. Naprawdę warto!




piątek, 12 września 2014

Karneval tom 1 - Touya Mikanagi





Tytuł: Karneval
Autor: Touya Mikanagi
Tom: 1
Wydawnictwo: Waneko
Liczba stron: 194
Ocena: 4+/6







Kącik Szczerości:
Kiedy Karneval dopiero miał pojawić się na naszym rynku, wydawał mi się nawet kuszący. Intensywne, żywe kolory wabiły, kreska była miła dla oka. A jednak nie zaryzykowałam, ponieważ zabrakło tej iskry. Z czystej ciekawości lub męczona wyrzutami sumienia, zaczęłam od anime, które wprawdzie mnie nie porwało, ale przybliżyło mi świat Karnevala i tym samy kuszenie rozpoczęło się na nowo. Ostatecznie uległam temu tytułowi na niedługo przed wydaniem 4 tomu i, jak widać, długo zwlekałam z recenzją. Dlatego koniec obijania się, czas wyłożyć kawę na ławę i oficjalnie wyrazić zdanie na temat tej mangi. Do dzieła!

Sneak peek:
Nai to dziwny dzieciak, który niewiele wie o życiu i, nie oszukujmy się, na pierwszy rzut oka wydaje się ociężały umysłowo. Nawet pakując się w kłopoty nie ma świadomości swojej opłakanej sytuacji. Jedyne czym się przejmuje to bransoleta należąca do Karoku, zaginionego przyjaciela, którego chłopak po omacku poszukuje. To właśnie podczas tych poszukiwań, Nai wpada w łapy Mine, kobiety potrafiącej zmienić się w potwora i najwyraźniej gustującej w młodym mięsku. Młodzian ma jednak niebywałe szczęście, jako że skórę ratuje mu Gareki, złodziejaszek, włamywacz, „łowca okazji”, który przypadkowo znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze. Wyczuwając szansę na zarobek, Gareki zgadza się wyprowadzić Naia z posiadłości Mine i na pewien czas połączyć swój los z losem uratowanego dzieciaka. Tak się jednak składa, że od tej pory będzie miał ręce pełne roboty, jako że nie łatwo jest opiekować się Naiem, a pech chce, że do tej dwuosobowej „wesołej gromadki” dołącza niespodziewanie Cyrk – Najwyższy Organ Obrony Państwa. Kłopoty po prostu wiszą w powietrzu!


„Dawno, dawno temu...”, czyli fabuła:
Przyznaję, że lekturze pierwszego tomu mangi Karnevalnie towarzyszą fajerwerki, przyspieszone bicie serca i radosne, podniecone piski, ale brak tych doznań wynagradza nam kilka ogromnych plusów, które już teraz można dostrzec w serii. Jednym z nich jest intryga, którą porównałabym do drzewa. Pniem są poszukiwania tajemniczego Karoku, o którym czytelnik nie wie niemal nic. Brzmi banalnie i jest banalne, ale w tym miejscu od całej historii odchodzą gałęzie, które zamieniają nudną belę drewna w coś bardziej interesującego. Albowiem każdy bohater pojawiający się u boku Naia ma do dodania swoją gałązkę, która sunie paralelnie z celem naszego niewinnego dzieciaka. Cyrk, jako organizacja, stara się pozbyć zagrożenia jakie stanowią nadludzie, każdy z jego członków ma swoje własne cele i tajemnice, zaś Gareki nie pozostaje pod tym względem gorszy. I to właśnie fakt wspólnej drogi, ale odmiennego przeznaczenia naprawdę podoba mi się w tej mandze.

„Było sobie życie”, czyli świat przedstawiony:
Kolejnym mocnym punktem Karnevalajest wyjątkowy świat, który tworzy mangaka. Z jednej strony mamy do czynienia z fantastyką, z drugiej pojawiają się tu pewne elementy steampunku czy science-fiction. Przyznaję, że nie potrafię obiektywnie ocenić, jak wiele różnych mieszanek znajdziemy w tej serii. Mamy tu przecież potwornych nadludzi, podniebne statki, zwyczajną kolej, wysokiej klasy technologię, prostotę i przeciętność zwykłych obywateli. Co więcej, sam pomysł połączenia cyrku i oddziałów strzegących państwa uważam za bardzo oryginalny i niezwykle ciekawy. Poza tym znajdzie się tu miejsce także dla organizacji przestępczej i wielkiego znaku zapytania, jakim jest sam Nai. A dodam, iż wszystko to mieści się w tym pierwszym tomie.


„Kubuś i przyjaciele”, czyli postaci:
Jak na mangę bez iskry, Karnevalma naprawdę sporo mocnych stron, a należy zwrócić uwagę także na dodatkowy element kreacji tego tytułu, czyli na bohaterów. Tak się składa, że Touya Mikanagi oferuje czytelnikowi naprawdę bogaty wachlarz charakterów, typów urody, poziomów inteligencji czy psychologicznych ciekawostek. Wyobraźcie sobie interakcję niewinnego, słodkiego dzieciaka, optymistycznego, zawsze głośnego „dużego dziecka”, poważnej, spokojnej dziewczyny, sadystycznego, ironicznego przełożonego oraz pesymistycznego, humorzastego materialisty. Trochę tego jest, prawda? A przecież ta różnorodność musi jakoś ze sobą współpracować. Postaci w Karnevalu są więc ruchem, gdyż bezustannie ścierają się ze sobą, wpływają na siebie, „ocierają się” cechami charakteru, podobieństwami i równicami. Ot, żyją.

„Kolorowe kredki w pudełeczku noszę”, czyli strona graficzna:
Prawdę powiedziawszy, przednia strona obwoluty pierwszego tomu Karneval jest raczej kolorystycznie spokojna i neutralna, co nie przyciąga spojrzenia niczym innym, jak tylko ładnym artem, który stwarza pozory lekko poruszonego. Zupełnie inaczej prezentuje się tył, który cechują fantastyczne, żywe, miejscami jarzeniowe kolory. Aż miło się patrzy! Także w środku czekają na nas te nasycone, wspaniałe barwy, które szybko ustępują miejsca mangowej „bieli i czerni”. W rzeczywistości, na pierwszy plan Karnevala wychodzi biel i szarość, które idealnie ze sobą współpracują. Czerń zostaje zepchnięta na dalszy plan, ale w dalszym ciągu odgrywa bardzo ważną rolę. Jeśli zaś chodzi o kreskę, jest staranna, szczegółowa w granicach rozsądku i całkiem ładna. Przystojni mężczyźni są przystojni, ładna kobieta jest rzeczywiście ładna, postaci nieistotne dla historii są zaś neutralne. „Potwornickich” taktownie pominę, jako że na nich wcale nie patrzę z przyjemnością, ale o to właśnie chodzi, kiedy tworzy się takich przyjemniaczków. Przyczepić nie można się więc do niczego, a jest co chwalić.




Mając na uwadze powyższe:
Karneval uważam za mangę obiecującą, która może rozwinąć skrzydła i zaiskrzyć, jako że ma ku temu wszelką sposobność. Już teraz obfituje w mocne strony, ale czegoś jej jeszcze brakuje i właśnie tego będę szukać w kolejnych tomach. Żałować mogę tylko tego, że nie dałam się jej skusić wcześniej ponieważ naprawdę warto było się z nią zapoznać.






sobota, 6 września 2014

News: Sword Art Online light novel od Kotori!

Kości zostały rzucone. Po tym, jak wydawnictwo książkowe uczyniło pierwszy krok wydając w naszym kraju light novel, jego śladem poszły wydawnictwa mangowe. I tak oto, niemal przed chwileczką, Wydawnictwo Kotori zdradziło nam tytuł swojej pierwszej light novel. A chodzi o:

SWORD ART ONLINE
Autor: Reki Kawahara
Ilustracje: abec




Gatunek/tematyka: gry komputerowe, fantastyka
Ilość tomów: 15 (powstaje)
Szczegóły wydania: format 13 x 18,2 cm
 Cena: 19,90 zł
Premiera 1 tomu: II połowa października 2014
Kolejne tomy: w cyklu dwumiesięcznym


Opis: 16-letni fascynat gier komputerowych Kazuto Kirigaya, korzystający z nicku „Kirito”, zostaje jako jeden z 10 tysięcy graczy, uwięziony w świecie gry MMORPG. Aby móc wrócić do prawdziwego świata, musi ją ukończyć...*




Przedpłata: *KLIK*



*wszystkie informacje pochodzą ze strony Wydawnictwa

sobota, 9 sierpnia 2014

News: Berserk nowością JPF!

Przed chwilą na konwencie Niucon Wydawnictwo JPF zdradziło tytuł swojego tytułu seinen, na który czekali miłośnicy gatunku. Jest nim:

BERSERK
Autor: Kentaro Miura




Gatunek/tematyka: seinen, akcja, walka, fantastyka
Ilość tomów: 37 (powstaje)
Szczegóły wydania: format A5 (14,5cm x 20,5cm), obwoluta
 Cena: 25,20 zł
Premiera 1 tomu: 3 października 2014
Kolejne tomy: w cyklu dwumiesięcznym od stycznia 2015


Opis:
*



Przedpłata: *KLIK*




środa, 23 kwietnia 2014

Tancerze Burzy - Jay Kristof (II)



Tytuł: Tancerze Burzy
Tytuł oryginalny: Stormdancer
Tom: 1
Autor: Jay Kristoff
Wydawca: Uroboros
Ilość stron: 448
Ocena: -5/6





Japonia jaką znamy w zupełnie nowym wydaniu, problemy ludzkości pomnożone przez trzy, technologia wybiegająca przed naszą, żywa i niebezpieczna mitologia, niemal magiczne zdolności, skomplikowana miłość i trudne przyjaźnie – witajcie w świecie „Tancerzy Burzy”, pierwszego tomu „Wojny Lotosowej”, do którego zabiera nas Jay Kristoff.

Yukiko jest jedyną córką Wielkiego Czarnego Lisa, znanego dobrze na wszystkich wyspach Shimy łowczego służącego szogunowi. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę z tego, jak ciężkie jest życie z człowiekiem, który, mimo niesłychanej sławy i wielkich czynów zapisanych na kartach historii, stoczył się niemal na samo dno. Uzależniony od trującego krwawego lotosu, wdający się w bójki i niestroniący od hazardu, mężczyzna jest cieniem dawnego siebie, a jednak po latach znowu musi stanąć twarzą w twarz z powierzonym mu przez najwyższą władzę zadaniem niemożliwym, albowiem despotyczny, szalony szogun Yoritomo życzy sobie posiadać arashitorę – gryfa. Problem polega na tym, iż istoty te od dawna uznawane są za wymarłe. Jak więc nie stracić głowy, a wywiązać się ze złożonych przysiąg? Trzeba wiedzieć gdzie szukać! Dzięki niebywałemu szczęściu, łowcom udaje się pochwycić legendarnego tygrysa burzy, zaś z winy potwornego pecha tracą nie tylko swój łup, ale też statek i członków załogi. Od tej pory nic już nie jest takie samo, znany dotąd świat zaczyna się powoli rozpadać, potworne tajemnice wychodzą na jaw, zaś niewinność przemija, jakby nigdy jej nie było.

„Tancerze Burzy” to powieść zbudowana na fundamencie dawnej Japonii – w książce znanej pod nazwą Shima – oraz jej mitologii. Czytelnik kojarzący przynajmniej podstawy japońskich wierzeń, niejednokrotnie natknie się tu na wspomnienie znajomych bóstw (np. Izanami, Izanagi, Raijin), będzie miał okazję oglądać demony lub inne nadnaturalne istoty, zaś kompletny laik może skorzystać z okazji uszczknięcia przynajmniej odrobiny z fascynującej mitologii Kraju Kwitnącej Wiśni. Niemniej jednak, Shima chociaż pełna jest oni, nie uświadczyła bezpośredniej obecności żadnego z bogów. Czy więc naprawdę mają wpływ na życie bohaterów, czy to za ich sprawą los uśmiecha się, bądź odwraca od ludzi? A może wszystkiemu winny jest przypadek? Przy lekturze „Tancerzy Burzy” czytelnik nieraz zada sobie podobne pytania.

Należy jednak wspomnieć, iż w powieści Kristoffa dominującym motywem jest bardzo rozwinięta technologia, która jednocześnie ułatwia i zatruwa życie mieszkańców Shimy, jak również może namieszać w głowie czytelnikowi. W którym bowiem momencie kończy się steampunk, a zaczyna cyberpunk? Osobiście usytuowałabym „Tancerzy Burzy” pośrodku tych dwóch nurtów, jako że znajdziemy tu zarówno lotostatki, jak i łańcuchowe katany, mechaniczne zbroje pozwalające nawet na latanie, wymyślne maski oddechowe oczyszczające zatrute powietrze i wiele innych cudów techniki. Niezależnie od nurtu, wszystko to sprawia, iż powieść czyta się z tym większą przyjemnością i zainteresowaniem, zaś skomplikowany świat przedstawiony jest trudny do podrobienia.

Wyspy Shimy są jednak zaledwie jednym z istotnych elementów powieści. „Tancerze Burzy” to również całkiem interesujący bohaterowie. Już sama Yukiko stanowi ciekawą mieszankę dziecięcej niewinności, siły ducha i nabytej od tygrysa gromu gwałtowności. Jej ojciec to nie mniej interesujący przypadek człowieka, który z miłości do córki i chęci ucieczki przed światem zatraca się w uzależnieniu. Do tego dodać postać o niesamowicie skomplikowanej psychice samuraja, czy też prostolinijnego, romantycznego chłopca i oto mamy przed sobą cały wachlarz możliwości na rozwinięcie fabuły.

Chociaż na samym początku lektury może się nam wydawać, iż głównym wątkiem napędzającym akcję jest przygoda i próba przeżycia w zdominowanym przez trujący krwawy lotos świecie, to nie obejdzie się też bez niesamowitej, mitycznej wręcz przyjaźni między człowiekiem a arashitorą oraz miłości ukazanej pod różnym kątem. W powieści spotkamy się bowiem zarówno z wyidealizowanym obrazem uczucia względem istnego księcia z bajki, jak również będziemy świadkami rozpadu niewinnych dziewczęcych marzeń.Spotkamy się z wiernym, prawdziwie szlachetnym chłopakiem, który nie wierzy w siebie, i poznamy historię małżeństwa doprawionego zdradą.

Jak więc widać, od „Tancerzy Burzy” z powodzeniem można wiele oczekiwać i naprawdę sporo otrzymać. Sądzę, że zdecydowana większość osób będzie w stanie znaleźć tu coś dla siebie i nie będzie się nudzić podczas lektury, która potrafi dostarczyć wielu emocji. Kto wie, może dzięki swojej powieści Jay Kristoff zdoła nawet zainteresować Was cudownym Krajem Kwitnącej Wiśni?



poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Tancerze Burzy - Jay Kristof (I)



Tytuł: Tancerze Burzy
Tytuł oryginalny: Stormdancer
Tom: 1
Autor: Jay Kristoff
Wydawca: Uroboros
Ilość stron: 448
Ocena: -5/6







Shima to grupa wysp rozdzielonych między cztery klany i znajdujących się pod panowaniem bezlitosnego szoguna Yoritomo. Cały ten niewielki świat napędzany jest przez krwawy lotos, który stanowi paliwo do budowanych przez Gildię maszyn, jest używany do narkotyzowania się, niszczy i zatruwa środowisko, jak również ludzi skazanych na ciągłe oddychanie jego śmiercionośnymi oparami. Jakby zanieczyszczenia niewystarczająco wyniszczały społeczeństwo, władca bezustannie toczy zaciekłą wojnę z gaijinami – cudzoziemcami – i w imię idei wielkiego zwycięstwa postanawia wznieść się ponad wszystkich poprzednich szogunów. By to osiągnąć pragnie zostać tancerzem burzy, bohaterem latającym na grzbiecie gryfa – istoty, której istnienie dawno już dobiegło końca. Nie mniej jednak, szogunowi się nie odmawia, toteż najlepszy z jego łowców wraz z córką, przyjaciółmi i załogą lotostatku wyrusza na poszukiwania legendarnej istoty, choć nikt do końca nie wierzy w powodzenie tej bezsensownej misji. Jakże wielkie jest zdziwienie ogółu, kiedy w samym środku nawałnicy dochodzi do spotkania z pięknym, chociaż zabójczo niebezpiecznym tygrysem burzy! Niestety, schwytanie bestii niesie ze sobą poważne konsekwencje i masę problemów, które nieubłaganie prowadzić będą do radykalnych zmian w państwie.

O Tancerzach Burzy można powiedzieć naprawdę wiele, jednakże na samym początku wypada wspomnieć o zawiłej konstrukcji świata przedstawionego, który nie łatwo poddać klasyfikacji, jako że wiąże ze sobą wiele różnych elementów, co skutkuje powstaniem prawdziwej literackiej mieszanki wybuchowej. Albowiem Jay Kristoff stworzył Shimę w oparciu o dawną, zamkniętą dla świata zewnętrznego Japonię, która nie szuka kontaktu z innymi krajami, ale jest w pełni samowystarczalna. Do swojej powieści dodał całą garść prawdziwej japońskiej mitologii, która obfituje w najróżniejsze dziwaczne stworzenia, paskudne demony i piękne istoty, których istnienie nigdy nie zostało potwierdzone. Dla pełnej wyrazistości smaku autor dorzucił elementy dostrzegalnego wyraźnie, chociażby w lotostatkach, steampunku, który miejscami wydaje się wręcz ekstremalny, co może prowadzić do wniosków, iż dla odrobiny ostrości Kristoff doprawił Tancerzy Burzy także cyberpunkiem. Przyznam się bez bicia, iż ten rodzaj koktajlu kosztowałam po raz pierwszy.

Jeśli zaś chodzi o samą historię, z którą mamy okazję zapoznać się w Tancerzach Burzy to muszę przyznać, iż już na samym początku skojarzyła mi się z człowiekiem. Tak, człowiekiem, a dokładniej z mroczną stroną jego duszy. Cały ten skomplikowany, fascynujący świat, jak również całkiem interesująca fabuła zbudowane zostały na zwielokrotnionym, drzemiącym w ludziach źle, zaś w ten mroczny klimat bezwzględności wrzucono drobniutką iskierkę dobra i niewinności, jaką na samym początku jest główna bohaterka – Yukiko.

Zacznijmy od tego, iż Shima jest krajem, który pod względem potwornych zanieczyszczeń kojarzyć się może ze współczesnymi nam Chinami, gdzie przeciętny europejczyk oddycha z trudem. A więc w realnym świecie, jak również w powieści, goniąc za bogactwem i nowoczesnością, ludzie byli w stanie zamienić czyste powietrze w truciznę, której nie mogą teraz uniknąć. To samo tyczy się zniszczonej ziemi, którą poświęca się w imię przynoszącej zysk uprawy krwawego lotosu, co w naszej rzeczywistości możemy odnieść chociażby do przesadnego wręcz śmiecenia i braku poszanowania dla ziemi.

Tancerze Burzy poruszają również temat honoru, który w rękach niewłaściwych ludzi staje się niemal niewyobrażalnym złem. Ile fikcji jest w fikcji? Czy nieustannie toczone przez nas wojny w imię pokoju, czy patriotyzmu nie są równie krwawe i niewłaściwe? Czy niewinni ludzie przestają ginąc tylko dlatego, że strona atakująca nagle staje się atakowaną, zaś ofiara urasta do rangi agresora? „Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka.” - tymi słowami zdecydowanie można opisać nie tylko naszą aktualną sytuację, ale również to, co ma miejsce w powieści.

A prawda o krwawym lotosie i sposób, w jaki rozwija się jego przemysł? Przyznam, że byłam zaskoczona tym, w jaki sposób to paskudztwo nabiera swoich mocy, rośnie, dominuje nad wyspami Shimy, ale czy krwawy lotos różni się w jakiś szczególny sposób na przykład od ropy? Państwa pod byle pretekstem atakują te, które mają dostęp do tegoż surowca, zaś wszelkie wycieki na morzach doprowadzają do ruiny podmorski świat, wyniszczają żyjące tam stworzenia. Zakładam, że przykłady można mnożyć.

W tej ponurej rzeczywistości Yukiko jest klejnotem, który w realnym świecie możemy porównać do dziecka, bądź ludzi kierujących się górnolotnymi ideałami. Dziewczyna znosi liczne upokorzenia z winy narkotyzującego się ojca, nie potrafi wybaczyć mu odejścia matki, a jednak w dalszym ciągu jest czysta, zaś jej głowę wypełniają dziecięce marzenia o wielkiej miłości, przystojnym wybranku, który okaże się szlachetny, odważny i gotowy poświęcić dla niej wszystko. Niestety, rzeczywistość Shimy nie pozwala jej długo się łudzić i z chwilą, kiedy Yukiko urasta do rangi bohaterki, jej niewinność powoli zaczyna znikać, zaś fantazje rozpływają się w zawrotnym tempie. W świecie Tancerzy Burzy nie ma miejsca na baśniowe życie. Ale czy w naszym realu jest lepiej?

Podsumowując, mimo zdecydowanie nierealnego klimatu, fantastycznych umiejętności, techniki przewyższającej pod wieloma względami naszą, Jay Kristoff stworzył powieść, w której drzemie spore ziarenko naszej współczesności. Jego świat nie odbiega zbyt daleko od rzeczywistości, a jednocześnie zdecydowanie się od niej różni. Wnikliwy czytelnik na pewno zdoła dostrzec w tej historii odbicie naszych czasów, inni zaś mogą uznać Tancerzy Burzy za obraz możliwej, ale straconej przyszłości, by jeszcze inni uznali tę powieść za całkowitą fikcję, która zupełnie odbiega od naszych realiów. Książkę tą każdy z nas powinien więc ocenić sam, nie mniej jednak ja zdecydowanie ją polecam, gdyż stanowi naprawdę ciekawe połączenie wszystkiego, co możliwe.


(c) genzoman.deviantart.com

niedziela, 26 stycznia 2014

Saihôshi - Studio Kôsen



Tytuł: Saihôshi
Tom: 1
Autor: Studio Kôsen
Wydawca: Kasen
Ilość stron: 172
Ocena: -5/6







Dzień ślubu młodego księcia Anela zbliża się wielkimi krokami, co sprawia, że młodzieniec musi wyruszyć w niebezpieczną podróż do innego królestwa, gdzie odbędzie się ceremonia, a on na zawsze połączy się z księżniczką, którą mu przeznaczono. Do eskorty wynajęty zostaje jeden z legendarnych Strażników, Sastre, zaś miejsce księcia na czas podróży zajmie jego sługa – Kaleth. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem, gdyż książę i jego ludzie zostają zaatakowani przez bezlitosnych żołdaków Riota. I tak oto, w przeciągu jednej chwili Anel zostaje pojmany i poddany „torturą”, zaś Kaleth wpada w ręce Yinna – Strażnika Wschodu. Czy osamotniony Sastre zdoła wyswobodzić dwójkę młodych mężczyzn, którzy odgrywają w jego życiu niezwykle istotne, chodź zupełnie odmienne, role? I dlaczego Riot tak bardzo chce pojmać księcia Anela? Zagadka niewątpliwie zostanie rozwiązana, ale na to trzeba czasu.

Saihôshi to jednotomowa manga yaoi autorstwa hiszpańskiego Studia Kôsen. Opublikowana w Polsce wiele lat temu przez wydawnictwo Kasen przez długi czas stanowiła perełkę gatunku na naszym rynku. Może właśnie dlatego nadal czuję pewien sentyment do tego tytułu, który był jednym z zaledwie kilku yaoi w naszym kraju. Ach, stare czasy średniowiecznej ciemnoty i zacofania...

O samej mandze słów kilka. Tytuł ten niewątpliwie cechuje się staranną i przyjemną dla oka kreską, godnymi zainteresowania przystojniakami oraz uroczymi postaciami „chibi”. Od typowo japońskich mang Saihôshi różni zastosowanie rastrów, których autorki zdecydowanie nie żałują każdej stronie. Mimo wszystko tomik nie traci wartości estetycznych i zdecydowanie pozwala na przystosowanie się do odmiennego stylu. Nie jest to na pewno dzieło sztuki na poziomie, znanego polskim czytelnikom, niebywale szczegółowego Kuroshitsuji, ale cechuje je przyzwoitość wykonania i zarys męskich atrybutów, co należy zauważyć, gdyż istnieją tytuły, w których mężczyźni nie posiadają ich zupełnie.


Pod względem fabuły manga prezentuje się całkiem zgrabnie, jako że łączy w sobie fantastykę, komedię, odrobinę naiwnej tragedii i miłosne perypetie. Myślę, że tę konkretną historię z powodzeniem można rozłożyć na zdecydowanie więcej tomików, urozmaicić ją, rozwinąć, co wyszłoby jej na dobre, jako że ma ona potencjał i bardzo żałuję, iż autorki Saihôshi zdecydowały się ograniczyć przygody zamykając je w tym jednym tomie. Albowiem, zarówno Anel, jak i zazdrosny o kochanka Kaleth mogliby spędzić więcej czasu w niewoli, zaś ich wybawcy nie musieli od razu ich ratować. Biorąc pod uwagę zapędy Riota, jak również seksualne uzależnienie księcia, czytelnik nie nudziłby się czytając historię zaprezentowaną w tym tomie w formie rozbudowanej. Ja na pewno chętnie bym po takową sięgnęła.

A skoro wchodzimy na temat bohaterów... Postaci stworzone przez Studio Kôsen na pewno są interesujące i całkiem zabawne, chociaż nie wiemy o nich wystarczająco wiele, co może w pewnym stopniu denerwować, kiedy już polubimy je i jesteśmy ciekawi ich dalszych losów, bądź bardziej szczegółowej przeszłości. Któż nie chciałby wniknąć do umysłu Riota i poznać dokładniej kierujących nim namiętności, bądź dokładniej przyjrzeć się postaci Yinna? Z resztą, nie łatwo w jednym tomie w dostatecznym stopniu rozwinąć skrzydeł. Czytelnik musi zadowolić się więc tym, co zostało mu podane w teraźniejszości i nie dane jest mu do końca poznać bohaterów Saihôshi.

Podsumowując, Studio Kôsen stworzyło całkiem dobrą, choć jednotomową mangę, która jednym będzie się podobać, podczas gdy innych nie zadowoli. Nie jest to w prawdzie uczta dla duszy, ale sposób na poprawienie sobie nastroju, zaspokojenie mniej wybrednych potrzeb na ten konkretny gatunek. W tej chwili na polskim rynku Saihôshi nie zrobiłoby furory, ale w roku 2007 było tytułem zdecydowanie lepszym, niż żaden i ja nadal lubię tę mangę.