Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akcja. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 stycznia 2016

News: QQ Sweeper nowością Waneko!

Kolejną nowością od Waneko będzie:

QQ Sweeper
Autor: Kyouske Motomi
Gatunek/tematyka: akcja, komedia, supernatural, dramat
Ilość tomów: 3 (seria zakończona, ale z kontynuacją)
Szczegóły wydania: format standardowy, obwoluta
Cena: 19,99 zł
Premiera tomu: 6 kwietnia 2016


Opis: 



Przedpłata: *KLIK*




czwartek, 13 sierpnia 2015

Anime: Kekkai Sensen odcinek 1






Tytuł: Kekkai Sensen
Odcinek: 1
Producent: Bones, TOHO animation
Liczba odcinków: 12
Czas trwania: 24 min.
Ocena: =3/6




Hellsalem's Lot, zwane dawniej Nowym Jorkiem, to miasto, w którym słowa „niemożliwe” i „nienormalne” wydają się nie istnieć, ponieważ właśnie tutaj, bardziej lub mniej zwyczajni ludzie oraz istoty z pogranicza horroru i science-fiction żyją obok siebie w pełni świadomi swojej wzajemnej odmienności. Wśród zgiełku tej dziwacznej metropolii, poznajemy Leonardo Watcha, który na pierwszy rzut oka nie odznacza się niczym szczególnym. Ot, ciapowaty młody człowiek o aparycji przeciętnego nastolatka. Tak się jednak składa, że za obecnością chłopak w mieście kryją się pewne nieprzyjemne wydarzenia, które odcisnęły na nim swoje paranormalne piętno, zaś los wyraźnie się na niego uwziął. W wyniku serii niefortunnych, choć przynoszących pożądany efekt, zdarzeń, Leo poznaje członków organizacji o nazwie Libra, której zadaniem jest ochrona miasta przed potworami i terrorystami. W ten oto sposób, rozpoczyna się pierwszy odcinek serii opowiadającej o chłopaku, który widział za dużo.

Tym, co rzuciło mi się w oczy już na samym wstępie odcinka był epistolarny początek, który otwiera historię będącą, jak możemy sądzić, obrazem pisanego listu. Moim pierwszym i mimowolnym skojarzeniem była literatura, toteż przyznaję, że taki zabieg naprawdę przypadł mi do gustu. Nadaje on Kekkai Sensen odrobinę oryginalności, która bez wątpienia przyda się temu tytułowi. Co więcej, wprowadzenie do historii motywu listu, czyni ją bardziej przyziemną, mimo silnego osadzenia serii w ramach „fantastyki miejskiej”. Żywię więc szczerą nadzieję, że motyw ten nie zostanie nagle porzucony, jako że może wyjść anime na dobre.


Przejdźmy jednak dalej. Oglądając pierwszy odcinek Kekkai Sensen nie mogłam wyzbyć się wrażenia, że mam do czynienia z trochę urozmaiconą wersją Facetów w Czerni. Społeczeństwo, w którym różnej maści dziwolągi żyją w jak najlepszej komitywie z ludźmi to bardzo wymowny obrazek. Zdarzają się naturalnie odstępstwa od reguły, ale i to mogliśmy z powodzeniem zaobserwować w filmie. Co więcej, akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, wprawdzie przechrzczonym, ale jednak to nadal Big Apple (Wielkie Jabłko – inna nazwa Nowego Jorku), co również narzuca porównania. Najważniejszą różnicę stanowi jedynie fakt, iż w przeciwieństwie do świata z amerykańskiej produkcji, tutaj ludzie doskonale wiedzą z czym mają do czynienia i zmuszeni są to zaakceptować. Tak się jednak składa, że i od tej reguły zdarzają się odstępstwa.

Co się tyczy muzyki towarzyszącej pierwszemu odcinkowi, mam co do niej mieszane uczucia. Z jednej strony otrzymujemy stylowe, typowo amerykańskie brzmienia początków XX w., z drugiej zaś mamy zwyczajne japońskie kawałki, które nie wyróżniają się niczym szczególnym. Mam wrażenie, że ani to ładne, ani praktyczne, ponieważ poszczególne utwory rzeczywiście mogą nam się podobać, ale po zestawieniu ich wszystkich razem, otrzymujemy pełną zgrzytów składankę, która nijak nie buduje klimatu i wcale nie pomaga nam w odnalezieniu się w atmosferze serii. W ten muzyczny nieład panujący w odcinku wpisują się także opening i ending. Ten pierwszy, choć naprawdę genialny, zupełnie nie przygotowuje nas na to, czym zostaną potraktowane nasze uszy w trakcie oglądania, zaś ten drugi jest małym koszmarkiem. Niemniej jednak, z muzyką jest jak z winem, w przypadku którego każdy może wyczuć inną nutę zapachową, każdemu nasuną się inne skojarzenia, jednym zasmakuje, innym nie. Czy w przypadku kolejnych odcinków będzie lepiej? Przekonamy się.



Narzekania ciąg dalszy, ponieważ z bólem muszę przyznać, że pierwszy odcinek Kekkai Sensennie przedstawia nam specjalnie interesujących profili bohaterów. Mogę pokusić się nawet o stwierdzenie, że z punktu widzenia osoby dopiero rozpoczynającej swoją przygodę z tym anime, są oni po prostu mało oryginalni. Ciepła klucha w roli głównego bohatera, ekspresyjny „opiekun”, wyrozumiały i silny mentor, cicha, mało zauważalna japonka stojąca zawsze z boku. Czy możemy znaleźć tu jakąkolwiek wyjątkowość, która mogłaby przemawiać za tym tytułem? Jak na razie niestety nie.

Kilka dobrych słów możemy za to powiedzieć już teraz o animacji, która moim zdaniem trzyma nie najgorszy poziom, choć nie zawsze nadążamy za dynamiczną miejscami akcją. Pierwszy plan jest dobrze dopracowany, staranny, zaś wybrani bohaterowie ekspresyjni. W podobnym stopniu zadbano o plan drugi, który nie straszy dziwacznymi, człekopodobnymi tworami. Pierwsze „ale” może stanowić fakt, iż tło bywa czasami zamglone, chociaż niewątpliwie ma to swoje plusy i minusy. Z jednej strony, nie gubimy z oczu interesujących nas postaci, gdyż dokładnie wiemy, na kim powinniśmy skupić wzrok. Z drugiej, problem stanowi fakt, iż animacja trochę na tym traci, jako że nie możemy do końca nacieszyć się wyglądem miasta, a myślę, że ono bez wątpienia może być interesujące. Niestety, sceny walki pierwszego odcinka nie zachwycają, ponieważ są naprawdę krótkie, a mimo wszystko pozwalają nam się pogubić. Co więcej, w serii pojawia się wielkie „WTF?!”, czyli techniki walki, które są jak pięść wymierzona prosto w oko. W czym problem? W wielgachnych „krzaczkach”, które nagle pojawiają się na ekranie otaczając bohatera, a które informują nas o nazwie zastosowanej techniki. To naprawdę boli i raczej nie sposób się do tego przyzwyczaić. Mój zmysł estetyczny cierpiał, kiedy był tego świadkiem.


Podsumowując, pierwszy odcinek Kekkai Sensen uważam za raczej słaby i niezachęcający, chociaż przyznam, że mam zamiar nadal brnąć w tę serię i przekonać się, czy naprawdę jest tak straszna, na jaką wskazywałoby pierwsze wrażenie. Liczę na „więcej”, liczę na „lepiej”, a przede wszystkim, chciałabym znaleźć konkretny cel tego anime. Czy mi się uda? Na to pytanie będę w stanie odpowiedzieć z czasem.


sobota, 8 sierpnia 2015

News: Gangsta. nowością Waneko!

Podczas trwania konwentu Niucon 7 także nie zabrakło newsowych atrakcji, bo oto jedna z dwóch ostatnich zapowiedzi Waneko:

Gangsta.
Autor: Kosuke
Gatunek/tematyka: seinen, przemoc, gangi, akcja
Ilość tomów: 7 (powstające)
Szczegóły wydania: format powiękoszony, obwoluta
 Cena: 19,99 zł
Premiera pierwszego tomu: kwiecień 2015
Kolejne tomy: w cyklu dwumiesięcznym


Opis: *





Przedpłata: czekamy



*Opis i szczegóły wydania pochodzą ze strony/fan page'a wydawnictwa

środa, 5 sierpnia 2015

News: Dragons Rioting nowością Waneko!

Wśród nowości Waneko swoje miejsce znalazło także:

Dragons Rioting
Autor: Watanabe Tsuyoshi
Gatunek/tematyka: ecchi, sztuki walki, akcja, komedia, szkoła
Ilość tomów: 6 (powstające)
Szczegóły wydania: format powiększony (135x195 mm), obwoluta
 Cena: 19,99 zł
Premiera pierwszego tomu: grudzień 2015
Kolejne tomy: w cyklu dwumiesięcznym


Opis: Rintaro w niczym nie przypomina typowego bohatera mangi, czyli jakiegoś słabego i wymagających ciągłego ratowania kolesia. Jest mistrzem sztuk walki (tak samo zresztą jak jego ojciec, który wszystkiego go nauczył), więc jego ataki są w stanie kruszyć skały, wyrywać drzewa z korzeniami i wiele, wiele więcej, ale nawet jego umiejętności i wszystkie potężne techniki które zna nie uratują go, jeżeli… za bardzo się podnieci. Cierpi on bowiem na rzadką chorobę, w wyniku której każde podniecenie się może się dla niego skończyć zawałem serca. Jako że Rintaro nie spieszy się za bardzo na tamten świat, poszedł nawet do liceum w którym uczą się sami chłopcy, ale, jak pewnie się domyślacie, nie wszystko poszło zgodnie z planem i wylądował w szkole w której 99% uczniów to dziewczyny! Jakby tego było mało, już pierwszego dnia wplątał się w szkolną wojnę toczoną pomiędzy trzema „smoczycami” – wyjątkowo silnymi (i pięknymi) dziewczynami! Po której stronie się opowie? Czy jego umiejętności okażą się wystarczając? I czy, otoczony ze wszystkich stron przez piękne laski, w ogóle dożyje pierwszego dzwonka?! Odpowiedzi na te pytania poznacie podczas lektury tej pełnej akcji, humoru i pięknych widoków (cycków, znaczy się) mangi!*





Przedpłata: *KLIK*



*Opis i szczegóły wydania pochodzą ze strony/fan page'a wydawnictwa

czwartek, 19 marca 2015

News: Znajdź swoją drugą połowę!


Masz dosyć samotności?
Weekendów sam na sam z telewizorem lub komputerem?
Marzysz o związku z osobą o podobnych zainteresowaniach?
Dołącz do grupy OTAKU DATING SPOT POLSKA i znajdź swoją bratnią duszę!
Nie ważne jakiej jesteś orientacji! Dla nas liczysz się Ty i Twoje szczęście.


O GRUPIE:
OTAKU DATING SPOT POLSKA powstało z myślą o wszystkich samotnych fanach Japonii, mangi oraz anime, którzy nie wiedzą, gdzie i jak rozpocząć poszukiwanie bratniej duszy lub zwyczajnie nie mają szczęścia.
Nie ma potrzeby jeździć na konwenty by poznać właściwą osobę, wstydliwi nie muszą od razu stawać twarzą w twarz z obiektem swojego zainteresowania. ODSP to wygodny i pewny sposób na uczynienie pierwszego kroku. Równie ważny jest fakt, iż grupa ma za zadanie zrzeszać wszystkich tych, którzy pragną zmienić swój status singla, a więc nie ma obawy, że trafi się na osobę już zajętą lub niezainteresowaną żadnym związkiem.
Co jednak najważniejsze, OTAKU DATING SPOT POLSKA jest grupą tolerancyjną, otwartą na ludzi niezależnie od ich orientacji seksualnej.

CO NALEŻY ZROBIĆ BY STAĆ SIĘ CZĘŚCIĄ SPOŁECZNOŚCI ODSP?
Wystarczy, że każdy zainteresowany dołączy do grupy, będzie przestrzegał regulaminu i zamieści na stronie swój profil singla! Jak to zrobić? Wszystkie informacje znajdują się na grupie lub wystarczy poprosić o nie pod tym wpisem, wysyłając maila (karolina.kirhan@gmail.com) czy też pisząc na facebooku tego bloga.

ADRES GRUPY: *KLIKNIJ TUTAJ* lub po prostu go skopiuj: https://www.facebook.com/groups/OtakuDatingSpotPL/


poniedziałek, 26 stycznia 2015

News: Green Blood nowością JPF!

Wydawnictwo JPF niespodziewanie ogłosiło nowy tytuł Serii Seinen, a będzie to:

Green Blood
Autor: Kakizaki Masasumi


Gatunek/tematyka: akcja, historia, seinen, dla dorosłych
Ilość tomów: 5 (zakończona)
Szczegóły wydania: 200 stron, format A5, obwoluta, +18
 Cena: 25,20 zł
Premiera pierwszego tomu: okolice sierpnia 2015
Kolejne tomy: równolegle z serią Bereserk


Opis: 
 Mroczna seria w klimatach westernu! Autor znany jest już polskim czytelnikom z mangi HIDEOUT.*




Przedpłata: *KLIK*





*Wszystkie informacje pochodzą ze strony wydawnictwa.

piątek, 16 stycznia 2015

News: Servamp nowością Studia JG!

Ostatnią zapowiedzianą w styczniu nowością Studia JG jest:

Servamp
Autor: Strike Tanaka


Gatunek/tematyka: akcja, komedia, supernatural
Ilość tomów: 7 (kontynuowana)
Szczegóły wydania: format B6+
 Cena: 19,90 zł
Premiera pierwszego tomu: koniec kwietnia 2015
Kolejne tomy: w cyklu dwumiesięcznym


Opis: 
Bohaterem tej historii jest piętnastoletni Shirota Mahiru, który najbardziej na świecie ceni sobie spokojne, wolne od niespodzianek i komplikacji życie. Pewnego dnia zabiera z ulicy małego czarnego kota, przynosi go do domu i nadaje imię Kuro. Ku jego wielkiemu zdziwieniu nowy zwierzak okazuje się być… wampirem. W dodatku takim, który w swojej ludzkiej postaci nijak nie przypomina groźnego krwiopijcy. Nic mu się nie chce, nie przepada za przemocą, a sama myśl, że miałby podjąć się jakiegoś działania wywołuje w nim niemal samobójcze odruchy. Ale za to nie odmówiłby kubeczka herbaty. Jak się okazuje jest on jednym z legendarnych wampirzych sług, którzy związują się kontraktem ze swoim ludzkim mistrzem. I chociaż sam Shirota nie ma ochoty utrudniać sobie życia tego typu układem, a oferowanie swoich usług dla leniwego wampira stanowi przejmującą męczarnię, nasi bohaterowie szybko zostaną wplątani w odwieczny konflikt, w którym aby przeżyć trzeba stanąć do walki.*




Przedpłata: *KLIK*





*Wszystkie informacje pochodzą ze strony wydawnictwa.

środa, 10 grudnia 2014

News: Time Killers nowością Waneko!

Ostatnia mikołajkowa nowość to:

Time Killers
Autor: Kazue Kato


Gatunek/tematyka: shounen, akcja, zbiór opowiadań, humor, supernatural
Ilość tomów: 1 (zakończona)
Szczegóły wydania: format standardowy, masa kolorowych stron
 Cena: 19,99 zł
Premiera tomu: 27 lutego 2015


Opis: 
„Time Killers” to zbiór 11 różnych opowiadań napisanych i narysowanych przez Kazue Kato, znaną na całym świecie autorkę mangi Ao no Exorcist. Od inwazji kosmitów, króliczych superbohaterów, opowieści z czasów Dzikiego Zachodu na historii w której można znaleźć zalążki postaci znanych z Egzorcysty kończąc (a to i tak tylko kilka spośród jedenastu opowiadań) – „Time Killers” ze swoimi ponad 230 stronami ( z których 15 jest w pełnym kolorze) jest z pewnością mangą którą warto przeczytać.*



Przedpłata: *KLIK*





*Wszystkie informacje pochodzą z fp wydawnictwa.

niedziela, 16 listopada 2014

Exitus Letalis tom 1 - KattLett






Tytuł: Exitus Letalis
Autor: KattLett
Tom: 1
Wydawnictwo: Kotori
Liczba stron: 186
Ocena: 4/6







„Exitus Letalis” to komiks, który z powodzeniem można nazwać wydawniczym debiutem roku, jako że jego popularność okazała się wręcz przeogromna. Stworzony przez polską rysowniczkę, posługującą się pseudonimem KattLett, początkowo był dostępny w sieci, co z pewnością przyczyniło się do sukcesu jego papierowej wersji, jak również pozwoliło wybić się jego młodej i utalentowanej autorce, która bez wątpienia szybko zaczęła zdobywać coraz to liczniejszych fanów oraz zaciekłych hejterów. Przyjrzyjmy się pierwszemu tomowi „Exitus Letalis” i przekonajmy się, co tak bardzo poruszyło polskich fanów komiksu.

Eva Monroe to chodzące szczęście w nieszczęściu. Wprawdzie choruje na narkolepsję (potrafi uciąć sobie nieplanowaną drzemkę w dowolnej chwili), jednakże wyszła cało z ciężkiej depresji, może pochwalić się wyjątkową urodą, co nie zjednuje jej sympatii kobiet, chociaż pobudza do działania męskie ślinianki, w wieku osiemnastu lat ukończyła studia psychologiczne, co świadczy o jej inteligencji, chociaż nie stanowi atutu w podjętej właśnie pracy. Tak się składa, że Eva ma zająć się sześcioma weteranami II wojny światowej. Okazuje się jednak, że jej pacjenci nie są tacy, jakimi ich sobie wyobrażała. Zamiast sześciu starych, schorowanych dziadków, dziewczyna trafia na sześciu młodych, atrakcyjnych mężczyzn. Teraz to jej ślinianki zaczynają działać sprawniej, ale zapał studzi fakt, iż nie zaszła żadna pomyłka. Eva Monroe musi przedrzeć się przez mury nieufności, amnezji oraz indywidualnych chorób każdego z pacjentów by poznać przyczynę ich nieśmiertelności. Czy młodziutka pani magister będzie w stanie poradzić sobie z zadaniem, które przerosłoby każdego innego psychologa?


Zacznijmy od podstaw, a więc na dobry początek skupmy się na przedstawionej przez autorkę historii. Pierwszym, co nasuwa mi się w tym kontekście na myśl, jest: oryginalność. Tego KattLett na pewno nie można odmówić. Mamy tu przecież do czynienia z nieśmiertelnością najwyraźniej powiązaną z wydarzeniami II wojny światowej, trzymającą rękę na pulsie tajną organizację międzyrządową, wyjątkowo zdolną młodą damę, liczne choroby, nierzadko o podłożu psychicznym, z jakimi borykają się bohaterowie, tabu wynikające z najwyraźniej bolesnych przeżyć niedalekiej przeszłości, przypominające ptasie mleczko emo (twarda czekolada na zewnątrz i mięciutkie wnętrze) z tajemniczymi dolegliwościami… Naprawdę można wymieniać i wymieniać, a przecież to dopiero pierwszy tom serii! Bez wątpienia historia jest więc interesująca i obiecuje wiele w kolejnych częściach. Niemniej jednak, w tym tomie nie rozwija ona skrzydeł i akcji znajdziemy tutaj raczej niewiele. Jej miejsce zastępują za to „scenki rodzajowe” – z reguły przyjemne, jednakże nie wynoszące jeszcze zbyt wiele do fabuły. Jednym przypadnie to do gustu, innym niekoniecznie, ale to już kwestia indywidualnych upodobań. Ja podeszłam do tego ze stoickim spokojem, jako że sama mam na koncie podobne fabularne „grzeszki”.

Rzućmy teraz okiem na bohaterów, których w „Exitus Letalis” naprawdę nie brakuje. Przede wszystkim, w serii zauważamy tendencję haremową – jedna Eva i siedmiu chłopa… ośmiu, jeśli liczyć rozdwojenie jaźni. Do tego dochodzą naturalnie postaci zdecydowanie poboczne, przynajmniej w tym tomie, jedna parka i dwie samotne kobiety. Sytuację ratuje jednak nasza „błogosławiona między mężczyznami”, gdyż nie jest to szablonowa ciepła klucha, którą ma się ochotę od razu zabić, ale konkretna, rudowłosa „pszczółka” (przyznaję, mam ogromną słabość do rudowłosych bohaterek), która potrafi w dupsko użądlić. Co się zaś tyczy naszych sześciu nieśmiertelnych, są naprawdę interesujący, różnorodni i uroczy, ale wszyscy oni ubierają się i mówią bardzo młodzieżowo. Po grupie około dziewięćdziesięcioletnich mężczyzn spodziewałabym się chyba odrobiny „dziadkowatości”, nawet jeśli cierpią na amnezję. Przyznaję, tego właśnie mi tutaj bardzo brakuje. Niemniej, z mojej strony głęboki ukłon w stronę Olivera, który jako jedyny przejawia oznaki stetryczenia, z czym mu naprawdę do twarzy.

www.facebook.com/KattLett
Sprawa kolejna, a więc język komiksu, który mam wrażenie, że jest niejednolity. Z jednej strony mamy bardzo naturalne dialogi, z drugiej zaś sporo sztywniactwa, w szczególności na początku. Zaczynamy od nagromadzenia trudnych terminów, których nie używamy w życiu codziennym, zaś niedługo później wchodzimy już w tryb młodzieżowy, w którym roi się od kolokwializmów. Przyznam, że jako osoba mająca swoje lata, nie mam już zbyt wiele wspólnego ze współczesnym slangiem młodzieżowym, który wręcz rani on moje uszy, a w tym przypadku także i oczy. Może odbiór dialogów w „Exitus Letalis” to właśnie kwestia wieku, jako że dawniej slang młodych ludzi wydawał się jednak mieć więcej szacunku dla samego mówiącego, jak i dla innych osób, zaś teraz jest po prostu czymś skrajnie nieliterackim i wyzutym z szacunku dla całego świata. Przyznam jednak, że zniosę wiele, może nawet bardzo wiele, ale nienawidzę określenia „dzida” w stosunku do kobiety. Kiedy je słyszę/widzę, scyzoryk mi się w kieszeni otwiera i mam ochotę wejść w tryb berserka, zaś ksiądz Alexander wydaje mi się nagle kimś bardzo normalnym.

Na koniec wisienka na torcie, czyli szata graficzna. O tym, że KattLett potrafi naprawdę dobrze rysować, możemy przekonać się już spoglądając na urzekającą okładkę pierwszego tomu jej komiksu, która oddaje w pełni to, co osobiście uwielbiłam w „Exitus Letalis”. Sposób, w jaki autorka kreśli swoich bohaterów ma w sobie coś wyjątkowego i z czystą przyjemnością patrzę na te urocze, grzechu warte buźki. Nie oszukujmy się, nie tylko ja mam do nich ogromną słabość. Osoby, które nie miały do tej pory do czynienia z komiksami internetowymi z pewnością zauważą pewne charakterystyczne różnice między „Exitus Letalis” a chociażby klasycznie tworzonymi mangami. Nie zaprzeczę, że trzeba się do tego przyzwyczaić, ale naprawdę nie zajmuje to wiele czasu. Niemniej jednak, minusikiem strony graficznej są dla mnie w ogromnej mierze komputerowo tworzone tła, jako że w pewnym stopniu mnie rozpraszają. Zwyczajnie nie przywykłam do tej perfekcji kształtów i cieni, ale w pełni doceniam ogrom pracy, jaką KattLett musiała włożyć w dopracowanie szczegółów. Może „Exitus Letalis” jest dobrym sposobem by nauczyć starego psa nowych sztuczek?

www.facebook.com/KattLett
Mając wszystko to na uwadze, „Exitus Letalis” nazwałabym komiksem „dwubiegunowym”, gdyż z łatwością znajdziemy tu zarówno plusy, jak i minusy, co jest rzeczą całkowicie naturalną. Mam wrażenie, że właśnie to wpływa w dużej mierze na odbiór tego tytułu – w zależności, po której stronie stoimy, z tej właśnie perspektywy patrzymy na tę rozpoczynającą się dopiero serię. Przyznam się bez bicia, mnie komiks KattLett kusił już od pewnego czasu i po prostu musiałam ulec tej zniewalającej okładce. Nie żałuję ani chwili spędzonej z tym komiksem i na pewno sięgnę po kolejne części. Uważam, że warto.




piątek, 12 września 2014

Karneval tom 1 - Touya Mikanagi





Tytuł: Karneval
Autor: Touya Mikanagi
Tom: 1
Wydawnictwo: Waneko
Liczba stron: 194
Ocena: 4+/6







Kącik Szczerości:
Kiedy Karneval dopiero miał pojawić się na naszym rynku, wydawał mi się nawet kuszący. Intensywne, żywe kolory wabiły, kreska była miła dla oka. A jednak nie zaryzykowałam, ponieważ zabrakło tej iskry. Z czystej ciekawości lub męczona wyrzutami sumienia, zaczęłam od anime, które wprawdzie mnie nie porwało, ale przybliżyło mi świat Karnevala i tym samy kuszenie rozpoczęło się na nowo. Ostatecznie uległam temu tytułowi na niedługo przed wydaniem 4 tomu i, jak widać, długo zwlekałam z recenzją. Dlatego koniec obijania się, czas wyłożyć kawę na ławę i oficjalnie wyrazić zdanie na temat tej mangi. Do dzieła!

Sneak peek:
Nai to dziwny dzieciak, który niewiele wie o życiu i, nie oszukujmy się, na pierwszy rzut oka wydaje się ociężały umysłowo. Nawet pakując się w kłopoty nie ma świadomości swojej opłakanej sytuacji. Jedyne czym się przejmuje to bransoleta należąca do Karoku, zaginionego przyjaciela, którego chłopak po omacku poszukuje. To właśnie podczas tych poszukiwań, Nai wpada w łapy Mine, kobiety potrafiącej zmienić się w potwora i najwyraźniej gustującej w młodym mięsku. Młodzian ma jednak niebywałe szczęście, jako że skórę ratuje mu Gareki, złodziejaszek, włamywacz, „łowca okazji”, który przypadkowo znalazł się we właściwym miejscu o właściwej porze. Wyczuwając szansę na zarobek, Gareki zgadza się wyprowadzić Naia z posiadłości Mine i na pewien czas połączyć swój los z losem uratowanego dzieciaka. Tak się jednak składa, że od tej pory będzie miał ręce pełne roboty, jako że nie łatwo jest opiekować się Naiem, a pech chce, że do tej dwuosobowej „wesołej gromadki” dołącza niespodziewanie Cyrk – Najwyższy Organ Obrony Państwa. Kłopoty po prostu wiszą w powietrzu!


„Dawno, dawno temu...”, czyli fabuła:
Przyznaję, że lekturze pierwszego tomu mangi Karnevalnie towarzyszą fajerwerki, przyspieszone bicie serca i radosne, podniecone piski, ale brak tych doznań wynagradza nam kilka ogromnych plusów, które już teraz można dostrzec w serii. Jednym z nich jest intryga, którą porównałabym do drzewa. Pniem są poszukiwania tajemniczego Karoku, o którym czytelnik nie wie niemal nic. Brzmi banalnie i jest banalne, ale w tym miejscu od całej historii odchodzą gałęzie, które zamieniają nudną belę drewna w coś bardziej interesującego. Albowiem każdy bohater pojawiający się u boku Naia ma do dodania swoją gałązkę, która sunie paralelnie z celem naszego niewinnego dzieciaka. Cyrk, jako organizacja, stara się pozbyć zagrożenia jakie stanowią nadludzie, każdy z jego członków ma swoje własne cele i tajemnice, zaś Gareki nie pozostaje pod tym względem gorszy. I to właśnie fakt wspólnej drogi, ale odmiennego przeznaczenia naprawdę podoba mi się w tej mandze.

„Było sobie życie”, czyli świat przedstawiony:
Kolejnym mocnym punktem Karnevalajest wyjątkowy świat, który tworzy mangaka. Z jednej strony mamy do czynienia z fantastyką, z drugiej pojawiają się tu pewne elementy steampunku czy science-fiction. Przyznaję, że nie potrafię obiektywnie ocenić, jak wiele różnych mieszanek znajdziemy w tej serii. Mamy tu przecież potwornych nadludzi, podniebne statki, zwyczajną kolej, wysokiej klasy technologię, prostotę i przeciętność zwykłych obywateli. Co więcej, sam pomysł połączenia cyrku i oddziałów strzegących państwa uważam za bardzo oryginalny i niezwykle ciekawy. Poza tym znajdzie się tu miejsce także dla organizacji przestępczej i wielkiego znaku zapytania, jakim jest sam Nai. A dodam, iż wszystko to mieści się w tym pierwszym tomie.


„Kubuś i przyjaciele”, czyli postaci:
Jak na mangę bez iskry, Karnevalma naprawdę sporo mocnych stron, a należy zwrócić uwagę także na dodatkowy element kreacji tego tytułu, czyli na bohaterów. Tak się składa, że Touya Mikanagi oferuje czytelnikowi naprawdę bogaty wachlarz charakterów, typów urody, poziomów inteligencji czy psychologicznych ciekawostek. Wyobraźcie sobie interakcję niewinnego, słodkiego dzieciaka, optymistycznego, zawsze głośnego „dużego dziecka”, poważnej, spokojnej dziewczyny, sadystycznego, ironicznego przełożonego oraz pesymistycznego, humorzastego materialisty. Trochę tego jest, prawda? A przecież ta różnorodność musi jakoś ze sobą współpracować. Postaci w Karnevalu są więc ruchem, gdyż bezustannie ścierają się ze sobą, wpływają na siebie, „ocierają się” cechami charakteru, podobieństwami i równicami. Ot, żyją.

„Kolorowe kredki w pudełeczku noszę”, czyli strona graficzna:
Prawdę powiedziawszy, przednia strona obwoluty pierwszego tomu Karneval jest raczej kolorystycznie spokojna i neutralna, co nie przyciąga spojrzenia niczym innym, jak tylko ładnym artem, który stwarza pozory lekko poruszonego. Zupełnie inaczej prezentuje się tył, który cechują fantastyczne, żywe, miejscami jarzeniowe kolory. Aż miło się patrzy! Także w środku czekają na nas te nasycone, wspaniałe barwy, które szybko ustępują miejsca mangowej „bieli i czerni”. W rzeczywistości, na pierwszy plan Karnevala wychodzi biel i szarość, które idealnie ze sobą współpracują. Czerń zostaje zepchnięta na dalszy plan, ale w dalszym ciągu odgrywa bardzo ważną rolę. Jeśli zaś chodzi o kreskę, jest staranna, szczegółowa w granicach rozsądku i całkiem ładna. Przystojni mężczyźni są przystojni, ładna kobieta jest rzeczywiście ładna, postaci nieistotne dla historii są zaś neutralne. „Potwornickich” taktownie pominę, jako że na nich wcale nie patrzę z przyjemnością, ale o to właśnie chodzi, kiedy tworzy się takich przyjemniaczków. Przyczepić nie można się więc do niczego, a jest co chwalić.




Mając na uwadze powyższe:
Karneval uważam za mangę obiecującą, która może rozwinąć skrzydła i zaiskrzyć, jako że ma ku temu wszelką sposobność. Już teraz obfituje w mocne strony, ale czegoś jej jeszcze brakuje i właśnie tego będę szukać w kolejnych tomach. Żałować mogę tylko tego, że nie dałam się jej skusić wcześniej ponieważ naprawdę warto było się z nią zapoznać.






sobota, 9 sierpnia 2014

News: Berserk nowością JPF!

Przed chwilą na konwencie Niucon Wydawnictwo JPF zdradziło tytuł swojego tytułu seinen, na który czekali miłośnicy gatunku. Jest nim:

BERSERK
Autor: Kentaro Miura




Gatunek/tematyka: seinen, akcja, walka, fantastyka
Ilość tomów: 37 (powstaje)
Szczegóły wydania: format A5 (14,5cm x 20,5cm), obwoluta
 Cena: 25,20 zł
Premiera 1 tomu: 3 października 2014
Kolejne tomy: w cyklu dwumiesięcznym od stycznia 2015


Opis:
*



Przedpłata: *KLIK*




czwartek, 7 sierpnia 2014

News: Are you Alice? nowością Waneko!

KARNAWAŁ NOWOŚCI WANEKO DZIEŃ CZWARTY:
Czwartą nowością Wydawnictwa Waneko okazuje się być:

Are you Alice?
Autorzy: Ninomiya Ai, Katagiri Ikumi




Gatunek/tematyka: shounen/shoujo, akcja, tajemnica, Alicja w Krainie Czarów, dramat
Ilość tomów: 10 (powstaje)
Szczegóły wydania: format standardowy, obwoluta
 Cena: 19,99 zł
Premiera 1 tomu: listopad 2014
Kolejne tomy: w cyklu dwumiesięcznym


Opis:
W Krainie Czarów każdy ma swoją rolę do wypełnienia i zadanie do wykonania, lecz w tej wersji znanej wszystkim powieści praktycznie nic nie jest takie jakim pamiętamy. Alicja jest mężczyzną i ma za zadanie zabić Białego Królika, Szalony Kapelusznik ma mu w tym pomóc, Królowa Kier sprawuje rządy twardej ręki nad całą krainą, zaś Kot z Chershire… Cóż, Kot jest Kotem i chodzi swoimi ścieżkami. Czy jesteście gotowi na wizytę w Krainie Czarów?*




Przedpłata: *KLIK*




*Opis oraz inne szczegółowe informacje pochodzą ze strony wydawnictwa

środa, 23 kwietnia 2014

Tancerze Burzy - Jay Kristof (II)



Tytuł: Tancerze Burzy
Tytuł oryginalny: Stormdancer
Tom: 1
Autor: Jay Kristoff
Wydawca: Uroboros
Ilość stron: 448
Ocena: -5/6





Japonia jaką znamy w zupełnie nowym wydaniu, problemy ludzkości pomnożone przez trzy, technologia wybiegająca przed naszą, żywa i niebezpieczna mitologia, niemal magiczne zdolności, skomplikowana miłość i trudne przyjaźnie – witajcie w świecie „Tancerzy Burzy”, pierwszego tomu „Wojny Lotosowej”, do którego zabiera nas Jay Kristoff.

Yukiko jest jedyną córką Wielkiego Czarnego Lisa, znanego dobrze na wszystkich wyspach Shimy łowczego służącego szogunowi. Niewielu jednak zdaje sobie sprawę z tego, jak ciężkie jest życie z człowiekiem, który, mimo niesłychanej sławy i wielkich czynów zapisanych na kartach historii, stoczył się niemal na samo dno. Uzależniony od trującego krwawego lotosu, wdający się w bójki i niestroniący od hazardu, mężczyzna jest cieniem dawnego siebie, a jednak po latach znowu musi stanąć twarzą w twarz z powierzonym mu przez najwyższą władzę zadaniem niemożliwym, albowiem despotyczny, szalony szogun Yoritomo życzy sobie posiadać arashitorę – gryfa. Problem polega na tym, iż istoty te od dawna uznawane są za wymarłe. Jak więc nie stracić głowy, a wywiązać się ze złożonych przysiąg? Trzeba wiedzieć gdzie szukać! Dzięki niebywałemu szczęściu, łowcom udaje się pochwycić legendarnego tygrysa burzy, zaś z winy potwornego pecha tracą nie tylko swój łup, ale też statek i członków załogi. Od tej pory nic już nie jest takie samo, znany dotąd świat zaczyna się powoli rozpadać, potworne tajemnice wychodzą na jaw, zaś niewinność przemija, jakby nigdy jej nie było.

„Tancerze Burzy” to powieść zbudowana na fundamencie dawnej Japonii – w książce znanej pod nazwą Shima – oraz jej mitologii. Czytelnik kojarzący przynajmniej podstawy japońskich wierzeń, niejednokrotnie natknie się tu na wspomnienie znajomych bóstw (np. Izanami, Izanagi, Raijin), będzie miał okazję oglądać demony lub inne nadnaturalne istoty, zaś kompletny laik może skorzystać z okazji uszczknięcia przynajmniej odrobiny z fascynującej mitologii Kraju Kwitnącej Wiśni. Niemniej jednak, Shima chociaż pełna jest oni, nie uświadczyła bezpośredniej obecności żadnego z bogów. Czy więc naprawdę mają wpływ na życie bohaterów, czy to za ich sprawą los uśmiecha się, bądź odwraca od ludzi? A może wszystkiemu winny jest przypadek? Przy lekturze „Tancerzy Burzy” czytelnik nieraz zada sobie podobne pytania.

Należy jednak wspomnieć, iż w powieści Kristoffa dominującym motywem jest bardzo rozwinięta technologia, która jednocześnie ułatwia i zatruwa życie mieszkańców Shimy, jak również może namieszać w głowie czytelnikowi. W którym bowiem momencie kończy się steampunk, a zaczyna cyberpunk? Osobiście usytuowałabym „Tancerzy Burzy” pośrodku tych dwóch nurtów, jako że znajdziemy tu zarówno lotostatki, jak i łańcuchowe katany, mechaniczne zbroje pozwalające nawet na latanie, wymyślne maski oddechowe oczyszczające zatrute powietrze i wiele innych cudów techniki. Niezależnie od nurtu, wszystko to sprawia, iż powieść czyta się z tym większą przyjemnością i zainteresowaniem, zaś skomplikowany świat przedstawiony jest trudny do podrobienia.

Wyspy Shimy są jednak zaledwie jednym z istotnych elementów powieści. „Tancerze Burzy” to również całkiem interesujący bohaterowie. Już sama Yukiko stanowi ciekawą mieszankę dziecięcej niewinności, siły ducha i nabytej od tygrysa gromu gwałtowności. Jej ojciec to nie mniej interesujący przypadek człowieka, który z miłości do córki i chęci ucieczki przed światem zatraca się w uzależnieniu. Do tego dodać postać o niesamowicie skomplikowanej psychice samuraja, czy też prostolinijnego, romantycznego chłopca i oto mamy przed sobą cały wachlarz możliwości na rozwinięcie fabuły.

Chociaż na samym początku lektury może się nam wydawać, iż głównym wątkiem napędzającym akcję jest przygoda i próba przeżycia w zdominowanym przez trujący krwawy lotos świecie, to nie obejdzie się też bez niesamowitej, mitycznej wręcz przyjaźni między człowiekiem a arashitorą oraz miłości ukazanej pod różnym kątem. W powieści spotkamy się bowiem zarówno z wyidealizowanym obrazem uczucia względem istnego księcia z bajki, jak również będziemy świadkami rozpadu niewinnych dziewczęcych marzeń.Spotkamy się z wiernym, prawdziwie szlachetnym chłopakiem, który nie wierzy w siebie, i poznamy historię małżeństwa doprawionego zdradą.

Jak więc widać, od „Tancerzy Burzy” z powodzeniem można wiele oczekiwać i naprawdę sporo otrzymać. Sądzę, że zdecydowana większość osób będzie w stanie znaleźć tu coś dla siebie i nie będzie się nudzić podczas lektury, która potrafi dostarczyć wielu emocji. Kto wie, może dzięki swojej powieści Jay Kristoff zdoła nawet zainteresować Was cudownym Krajem Kwitnącej Wiśni?



poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Tancerze Burzy - Jay Kristof (I)



Tytuł: Tancerze Burzy
Tytuł oryginalny: Stormdancer
Tom: 1
Autor: Jay Kristoff
Wydawca: Uroboros
Ilość stron: 448
Ocena: -5/6







Shima to grupa wysp rozdzielonych między cztery klany i znajdujących się pod panowaniem bezlitosnego szoguna Yoritomo. Cały ten niewielki świat napędzany jest przez krwawy lotos, który stanowi paliwo do budowanych przez Gildię maszyn, jest używany do narkotyzowania się, niszczy i zatruwa środowisko, jak również ludzi skazanych na ciągłe oddychanie jego śmiercionośnymi oparami. Jakby zanieczyszczenia niewystarczająco wyniszczały społeczeństwo, władca bezustannie toczy zaciekłą wojnę z gaijinami – cudzoziemcami – i w imię idei wielkiego zwycięstwa postanawia wznieść się ponad wszystkich poprzednich szogunów. By to osiągnąć pragnie zostać tancerzem burzy, bohaterem latającym na grzbiecie gryfa – istoty, której istnienie dawno już dobiegło końca. Nie mniej jednak, szogunowi się nie odmawia, toteż najlepszy z jego łowców wraz z córką, przyjaciółmi i załogą lotostatku wyrusza na poszukiwania legendarnej istoty, choć nikt do końca nie wierzy w powodzenie tej bezsensownej misji. Jakże wielkie jest zdziwienie ogółu, kiedy w samym środku nawałnicy dochodzi do spotkania z pięknym, chociaż zabójczo niebezpiecznym tygrysem burzy! Niestety, schwytanie bestii niesie ze sobą poważne konsekwencje i masę problemów, które nieubłaganie prowadzić będą do radykalnych zmian w państwie.

O Tancerzach Burzy można powiedzieć naprawdę wiele, jednakże na samym początku wypada wspomnieć o zawiłej konstrukcji świata przedstawionego, który nie łatwo poddać klasyfikacji, jako że wiąże ze sobą wiele różnych elementów, co skutkuje powstaniem prawdziwej literackiej mieszanki wybuchowej. Albowiem Jay Kristoff stworzył Shimę w oparciu o dawną, zamkniętą dla świata zewnętrznego Japonię, która nie szuka kontaktu z innymi krajami, ale jest w pełni samowystarczalna. Do swojej powieści dodał całą garść prawdziwej japońskiej mitologii, która obfituje w najróżniejsze dziwaczne stworzenia, paskudne demony i piękne istoty, których istnienie nigdy nie zostało potwierdzone. Dla pełnej wyrazistości smaku autor dorzucił elementy dostrzegalnego wyraźnie, chociażby w lotostatkach, steampunku, który miejscami wydaje się wręcz ekstremalny, co może prowadzić do wniosków, iż dla odrobiny ostrości Kristoff doprawił Tancerzy Burzy także cyberpunkiem. Przyznam się bez bicia, iż ten rodzaj koktajlu kosztowałam po raz pierwszy.

Jeśli zaś chodzi o samą historię, z którą mamy okazję zapoznać się w Tancerzach Burzy to muszę przyznać, iż już na samym początku skojarzyła mi się z człowiekiem. Tak, człowiekiem, a dokładniej z mroczną stroną jego duszy. Cały ten skomplikowany, fascynujący świat, jak również całkiem interesująca fabuła zbudowane zostały na zwielokrotnionym, drzemiącym w ludziach źle, zaś w ten mroczny klimat bezwzględności wrzucono drobniutką iskierkę dobra i niewinności, jaką na samym początku jest główna bohaterka – Yukiko.

Zacznijmy od tego, iż Shima jest krajem, który pod względem potwornych zanieczyszczeń kojarzyć się może ze współczesnymi nam Chinami, gdzie przeciętny europejczyk oddycha z trudem. A więc w realnym świecie, jak również w powieści, goniąc za bogactwem i nowoczesnością, ludzie byli w stanie zamienić czyste powietrze w truciznę, której nie mogą teraz uniknąć. To samo tyczy się zniszczonej ziemi, którą poświęca się w imię przynoszącej zysk uprawy krwawego lotosu, co w naszej rzeczywistości możemy odnieść chociażby do przesadnego wręcz śmiecenia i braku poszanowania dla ziemi.

Tancerze Burzy poruszają również temat honoru, który w rękach niewłaściwych ludzi staje się niemal niewyobrażalnym złem. Ile fikcji jest w fikcji? Czy nieustannie toczone przez nas wojny w imię pokoju, czy patriotyzmu nie są równie krwawe i niewłaściwe? Czy niewinni ludzie przestają ginąc tylko dlatego, że strona atakująca nagle staje się atakowaną, zaś ofiara urasta do rangi agresora? „Jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka.” - tymi słowami zdecydowanie można opisać nie tylko naszą aktualną sytuację, ale również to, co ma miejsce w powieści.

A prawda o krwawym lotosie i sposób, w jaki rozwija się jego przemysł? Przyznam, że byłam zaskoczona tym, w jaki sposób to paskudztwo nabiera swoich mocy, rośnie, dominuje nad wyspami Shimy, ale czy krwawy lotos różni się w jakiś szczególny sposób na przykład od ropy? Państwa pod byle pretekstem atakują te, które mają dostęp do tegoż surowca, zaś wszelkie wycieki na morzach doprowadzają do ruiny podmorski świat, wyniszczają żyjące tam stworzenia. Zakładam, że przykłady można mnożyć.

W tej ponurej rzeczywistości Yukiko jest klejnotem, który w realnym świecie możemy porównać do dziecka, bądź ludzi kierujących się górnolotnymi ideałami. Dziewczyna znosi liczne upokorzenia z winy narkotyzującego się ojca, nie potrafi wybaczyć mu odejścia matki, a jednak w dalszym ciągu jest czysta, zaś jej głowę wypełniają dziecięce marzenia o wielkiej miłości, przystojnym wybranku, który okaże się szlachetny, odważny i gotowy poświęcić dla niej wszystko. Niestety, rzeczywistość Shimy nie pozwala jej długo się łudzić i z chwilą, kiedy Yukiko urasta do rangi bohaterki, jej niewinność powoli zaczyna znikać, zaś fantazje rozpływają się w zawrotnym tempie. W świecie Tancerzy Burzy nie ma miejsca na baśniowe życie. Ale czy w naszym realu jest lepiej?

Podsumowując, mimo zdecydowanie nierealnego klimatu, fantastycznych umiejętności, techniki przewyższającej pod wieloma względami naszą, Jay Kristoff stworzył powieść, w której drzemie spore ziarenko naszej współczesności. Jego świat nie odbiega zbyt daleko od rzeczywistości, a jednocześnie zdecydowanie się od niej różni. Wnikliwy czytelnik na pewno zdoła dostrzec w tej historii odbicie naszych czasów, inni zaś mogą uznać Tancerzy Burzy za obraz możliwej, ale straconej przyszłości, by jeszcze inni uznali tę powieść za całkowitą fikcję, która zupełnie odbiega od naszych realiów. Książkę tą każdy z nas powinien więc ocenić sam, nie mniej jednak ja zdecydowanie ją polecam, gdyż stanowi naprawdę ciekawe połączenie wszystkiego, co możliwe.


(c) genzoman.deviantart.com

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Ouran High School Host Club tom 4 - Bisco Hatori



Tytuł: Ouran High School Host Club
Tom: 4
Autor: Bisco Hatori
Wydawca: JPF
Ilość stron: 192
Ocena: 4+/6






Na kolejne, gdyż czwarte już spotkanie z Ouran High School Host Club składają się cztery krótkie historie dotyczące znanych nam już bohaterów klubu hostów oraz drobny oneshot Love Egoist. Na początek, czytelnik ma okazję poznać zakończenie feralnych odwiedzin w domu Haruhi i rzucić okiem na oryginalnego tatusia naszej bohaterki. Biedny Tamaki nie wypadł zbyt dobrze, ale czy można się temu dziwić, kiedy ojciec jedynaczki wracając do domu zastaje ją leżącą na podłodze pod przystojnym chłopcem? Nie, to na pewno nie sprzyja zacieśnianiu więzi między nadopiekuńczym kolegą ze szkoły, a ojcem Haruhi. Zaraz potem, mamy niewątpliwą „przyjemność” wkroczyć w sam środek przerażającej jatki z sempajem Honey w roli głównej. Jak się okazuje słodki i pozornie niewinny chłopiec może zamienić się w prawdziwą bestię, gdy przyjaciele postanawiają pomóc mu z problemem bolącego zęba. Takiego Honey'ego jeszcze nie znaliśmy! Tyle się dzieje, a przecież to nie koniec atrakcji. W dalszej części tomu mamy okazję zapoznać się z naprawdę wspaniałą Ouranową Alicją w Krainie Czarów i zakończyć przygodę małym starciem z klubem prasowym. O obecnym w tomie drobnym opowiadanku niewiele można powiedzieć poza faktem, iż mamy do czynienia ze słodko-gorzkim romansem z pogranicza zakazanych uczuć, który zupełnie odstaje od naszej ukochanej historii klubu hostów i do oryginalnych nie należy.



Tak więc, czwarty tom mangi Ouran High School Host Club podzieliłabym na dwie części – cieszącą serce komedię oraz irytujący „pół-dramat”. Nie trudno się domyślić, iż do tej pierwszej grupy zaliczają się rozdziały dotyczące stworzonego przez Tamakiego klubu, dla których przecież kupiliśmy ten tomik. Podobnie jak miało to miejsce w przypadku poprzednich części, każdy z pierwszych rozdziałów zdecydowanie wart jest zainteresowania czytelnika, gdyż bawi, rozluźnia i sprawia, że z rozkoszą zagłębiamy się w dalszej lekturze. Tego klimatu nie da się zastąpić, z czego niewątpliwie zdaje sobie sprawę każdy fan serii. Niestety, drugą stronę medalu stanowi oneshot, którego nijak nie potrafię docenić. Może wynika to z faktu, iż nie przepadam za tego typu romansami? A może problem tkwi zupełnie gdzie indziej? Nawet ja nie potrafię na te pytania odpowiedzieć. Nie mniej jednak, w przypadku pani Bisco Hatori nie jestem przychylna tego rodzaju „zapełniaczom”, gdyż nie reprezentują sobą niczego wartego uwagi.

Wypada dodać, iż te dwa bieguny czwartego tomu różnią się nie tylko postaciami, tematyką i po części gatunkiem, ale również kreską. Podczas gdy opowiastki dotyczące znanych nam dobrze bohaterów charakteryzują się typową dla Ourana kreską oraz wymyślnością strojów, Love Egoist drażni brakiem szczegółów i wydłużonymi męskimi twarzami. Przynajmniej tak to wygląda w moich oczach, kiedy przyglądam się tej krótkiej historii zakazanego uczucia. Ta mangowa „zatkaj dziura” zdecydowanie jest najsłabszą stroną tego tomiku.



Jeśli zaś chodzi o mocne strony, to niepodzielnie królować może Host Club w Krainie Czarów. Kreska tego rozdziału jest znakomita, gdyż cechuje ją płynność i lekkość, zaś sama historia to komiczny shake Ouranowego absurdu i idealnie dobranych roli odpowiadających charakterom i skłonnościom bohaterów. Co więcej, pojawiają się tu również bohaterowie poboczni, których znamy i lubimy, a tak rzadko mamy okazję się nacieszyć.

Jakkolwiek nie zachwycałabym się Krainą Czarów, muszę stwierdzić, że nie mniej fantastyczny wydaje mi się rozdział poświęcony bólowi zęba. Przede wszystkim jest to, bowiem historia, która porusza temat głębokiej przyjaźni moich ulubieńców, rezultatów uzależnienia i furii, która drzemie głęboko w małym ciałku Haninozuki.

Reasumując tą krótką recenzję, czwarty tom Ouran High School Host Club jest jak organizm z protezą. Stanowi całość, ale nie funkcjonuje tak sprawnie, jakbyśmy sobie tego życzyli. Trzeba więc uzbroić się w cierpliwość, wyrozumiałość i przymknąć oko na irytującą „zatkaj dziurę”, a wtedy zdecydowanie można cieszyć się świetną, chociaż bardzo króciutką mangą.



czwartek, 10 kwietnia 2014

Ouran High School Host Club tom 3 - Bisco Hatori



Tytuł: Ouran High School Host Club
Tom: 3
Autor: Bisco Hatori
Wydawca: JPF
Ilość stron: 192
Ocena: -5/6







Klub Hostów wita się z nami po raz trzeci i nie zwalnia tempa zapewniając rozrywkę swoim klientkom. Na początek, nasza szalona gromada wybiera się nad morze by tam spędzić kilka relaksujących chwil, odpocząć od zatłoczonego miasta, zakosztować uroków prywatnej plaży. Niestety, nie obejdzie się bez problemów, gdy cierpiąca na „znieczulicę” Haruhi zadrze z nieprzyjemnymi typami, co doprowadzi do kłótni z Jego Wysokością Tamakim, by ostatecznie ukazać czytelnikowi także bardzo dziewczęcą stronę naszej bohaterki.

W kolejnej części mangi Liceum Ouran ma wątpliwą przyjemność gościć w swoich progach trzy uczennice Liceum Św. Lobelii należące do „Stowarzyszenia Białej Lilii”. Specyficzne panienki nie tylko przejrzały przebranie Haruhi, ale także upodobały sobie dziewczynę planując wyrwać ją z „łap” Klubu Hostów i namówić do zmiany szkoły.

To jednak nie wszystko. W tym tomie czytelnik może również podziwiać obchody święta halloween, dokładniej zapoznać się z sytuacją materialną Haruhi oraz poznać jej ojca. Takiej okazji nie można przegapić!



Pod względem artystycznym trzeci tom Ouran High School Host Club nie różni się wiele od poprzednich części. Kreska autorki jest przejrzysta, jasna, jednocześnie prosta i szczegółowa w zależności od kadru, czy przedstawianych wydarzeń. Bisco Hatori zwraca szczególną uwagę na kobiecie stroje głównej bohaterki, jednakże po macoszemu traktuje jej szkolny mundurek. W tym samym czasie, naprawdę wiele pracy wkłada w wymyślne stroje członków Klubu Hostów, jak i w ilustracje stanowiące wizytówkę poszczególnych rozdziałów. Dzięki temu całość prezentuje się całkiem nieźle i na pewno stanowi zachętę do dalszego czytania mangi.

Co się zaś tyczy samej fabuły, składa się ona z kilku stosunkowo krótkich historii, z których jedne mają po prostu bawić, zaś inne odkryć przed czytelnikiem wnętrze Haruhi. Dotąd stosunkowo obojętna wobec wszystkiego bohaterka pokazuje cały wachlarz uczuć począwszy od złości, poprzez radość i piękny uśmiech, po strach. Tymczasem, jej przyjaciele z klubu niezmiennie bawią i załamują. Ich nadmierne wyolbrzymianie biedy Haruhi i absurdalne pomysły sprawiają, że nie sposób zachować powagi, kiedy poznaje się wszystkie te historie. Pomimo tego, tomik zawiera również elementy poważne i melancholijne. Nie jest ich może wiele, ale jednak pojawiają się w różnych kontekstach i pozwalają na dostrzeżenie w mandze drugiego dna, głębi bohaterów, ich niewątpliwie ciekawej kreacji.




Tom ten porusza również bardzo istotne zagadnienie związków między kobietami oraz crossdressingu. Jest to wprawdzie zaledwie wierzchołek góry lodowej i zwyczajne wprowadzenie do większej historii, niemniej jednak, przedstawia nam nowe postaci, ukazuje pewien element kulturowy i urozmaica mangę o dodatkowe wątki z zakresu shoujo-ai. Tym samym tytuł ten może okazać się interesujący nie tylko dla miłośniczej pięknych chłopców, szalonych komedii, czy zwyczajnych romansów.

Reasumując, Ouran High School Host Club trzyma klasę i nie pozwala na rezygnację z czytania tego tytułu. W chwilach nadmiernego smutku na pewno warto sięgnąć po tę mangę i pozwolić by rozbawiła nas, wprowadziła w dobry nastrój. Jest ona, bowiem najlepszym lekarstwem na depresję i rozrywką w deszczowy dzień. Ot, śmiech w pigułce!



czwartek, 13 marca 2014

Pet Shop of Horrors tom 3 - Akino Matsuri



Tytuł: Pet Shop of Horrors
Tom: 3
Autor: Akino Matsuri
Wydawca: Taiga
Ilość stron: 192
Ocena: 6/6







Akino Matsuri po raz trzeci zaprasza swoich czytelników do niepozornego, ale pełnego cudów sklepu zoologicznego w chińskiej dzielnicy. Tym razem nie chodzi jednak o interesy i spełnianie marzeń klientów, ale o pozamałżeńskie, królewskie problemy, poskramianie złośnicy, wielkie i małe namiętności oraz o przeszłość, która tak lubi upominać się o człowieka. Dwójka tak lubianych przez nas bohaterów, trzy główne motywy, cztery rozdziały, mnogość problemów oraz uczucia, które jak zawsze znajdują się w samym sercu wszystkich wydarzeń – oto trzeci tom „Pet Shop of Horrors”.

Koniec słodkiego lenistwa, bo oto policja ma pełne ręce roboty. Do Stanów przyjechała ciężarna kochanka zmarłego przed kilkoma miesiącami króla maleńkiego kraju, Galluna. Kobieta obawiając się o życie swoje i nienarodzonego jeszcze królewskiego potomka prosi o azyl, zaś władze mobilizują siły mundurowe w trosce o jej bezpieczeństwo. Tymczasem, w sklepie zoologicznym Hrabiego D zjawia się bardzo dostojny gość. To jednak dopiero rozgrzewka, gdyż w mieście dochodzi do licznych zaginięć i już od trzech miesięcy policji nie udało się ruszyć ze śledztwem chociażby o krok. Nie ma jednak zbrodni, której dobrze nam znany, uciążliwy i zawsze podejrzliwy pana detektywa nie powiązałby w jakiś sposób z młodym Hrabią D. I jak tu znaleźć czas na namiętności? Niestety, także później o świętym spokoju można zapomnieć, gdyż religijne napięcia w mieście należy zawsze mieć pod kontrolą, ale kiedy do gry wkraczają neonaziści, nigdy nie wiadomo, co może się wydarzyć. Cóż, w takiej chwili tylko osoba pokroju Leona potrafi nadal uganiać się za niewadzącym nikomu Hrabią D.


Miłość nie jedno ma imię, nie jedno posiada oblicze. Potrafi uszczęśliwiać, ale także sprawiać ogromne problemy. Może być niespodziewana, zbyt długo odrzucana, zagrożona nawet po śmierci jednego bądź obu kochanków. Czy właśnie taka jest tym razem? Oto dwójka przeznaczonych sobie, dumnych dzieci wchodzi na wojenną ścieżkę, a ich relacje nie zmieniają się mimo dorastania i splecionego ze sobą więzami małżeńskimi losu. A jednak, coś rodzi się pomiędzy tą niechętną sobie dwójką, jednakże trzeba choroby by uświadomili sobie siłę tego uczucia. Niestety, jest już za późno by z tego związku cokolwiek zrodziło się w sposób naturalny, a ingerencja w zgodny z naturą cykl poczęcia nowego życia nie koniecznie wiąże się z gorącymi, naładowanymi pozytywnie uczuciami. Jak widać miłość do konkretnej osoby nie musi być jednoznaczna z miłością do tego, co po niej pozostaje, a pod tym kątem nie mieliśmy jeszcze okazji podziwiać jej w „Pet Shop of Horrors”.

Trzeba jednak zauważyć, iż miłość posiada także inną stronę medalu, a jest nią Hrabia D. Rzućmy więc okiem na humorystyczny wątek, jaki stanowią dwie wielkie namiętności tego ekscentrycznego młodziana – słodycze i rzadkie zwierzęta. W tym tomie to nie nieszczęścia, ale miłości chodzą parami, a najłatwiejsza droga do serca Hrabiego wiedzie przez jego rozkochany w słodyczach żołądek. Zresztą, jak dotąd nie mieliśmy jeszcze okazji podziwiać romantycznych schadzek z jego udziałem, a to zdecydowanie niezapomniane przeżycie, które zapada w pamięć. Tym bardziej, że właśnie przy tej okazji, możemy kolejny raz przekonać się o tym, jak głęboka i szalona potrafi być miłość Hrabiego do cennych, mitycznych zwierząt.


Przeszłość. Bez niej nie sposób mówić o człowieku, gdyż to ona go kształtuje, ona pozwala mu odnaleźć siebie w chwili zagubienia i sięgnąć wspomnieniami wstecz, do czasów wielkich radości i ogromnego bólu. To w niej kryją się nasze korzenie, to co chcielibyśmy ukryć i to, czego poszukujemy, błędny przodków i ich dobre uczynki. Wspomnienia przeszłości mogą być niebezpieczne, spychać człowieka w przepaść szaleństwa, ich brak okazuje się wtedy przydatny, zapewnia błogi spokój nieświadomości. Ale czy można bez nich czuć się sobą? Czy nie ma się wrażenia, że jest się w jakimś stopniu okłamywanym? Wszystkie te zależności, Akino Matsuri przedstawia w naprawdę wyśmienity sposób, odwołując się do czasów wojny i nazistowskiej nienawiści względem żydów. Kiedy dodamy do tego wspaniały motyw misia-obrońcy, otrzymamy naprawdę wzruszającą historię, którą z rozkoszą czytałoby się o wiele dłużej.

Także w tym kontekście warto przywołać postać młodego Hrabiego D. O jego przeszłości nadal wiemy bardzo, bardzo niewiele, niemniej jednak, czytelnik niejednokrotnie słyszał już o dziadku naszego Hrabiego, który powierzył opiekę nad sklepem swojemu, jakże podobnemu, wnukowi, który bez wątpienia odważnie podąża jego śladami. Okazuje się jednak, że stary Hrabia D nie jest jedynym członkiem rodziny naszego, bądź co bądź, tajemniczego bohatera, a to z kolei sprawia, że kwestia uderzającego, fizycznego podobieństwa staje się jeszcze bardziej interesująca. Może kiedyś dowiemy się, co się za tym kryje.


Trzecim z najwyraźniej zarysowanych w tym tomie motywów jest egoizm, który pojawia się niemal w każdym rozdziale, ale jego esencję widzimy przede wszystkim w „Pożądaniu”. To właśnie w tej części mamy okazję zmierzyć się z mało chwalebną postawą dziewczynki, która poszukuje najlepszej drogi by zwrócić na siebie uwagę otoczenia – rodziny, przyjaciół, chłopaka, który jej się podoba. Wszystko, co robi dziewczynka jest w pewnym stopniu podszyte fałszem i samolubnością a prawdziwa szczerość pojawia się dopiero w chwili złości, gniewu, niemalże szalonej furii. Czy ktoś taki może liczyć na sympatię otoczenia? Egoizmowi dziecka przeciwstawiono jednak wierność i oddanie istoty zdecydowanie doskonalszej, gdyż bardziej szczerej, otwartej, prawdziwej w swoich postępowaniach. Tym samym wyższość zwierzęcia nad człowiekiem kolejny raz zostaje dobrze uargumentowana, jak przystało na mangę, w której główne skrzypce odgrywają właśnie „dzieci” fauny.

Mając wszystko to na uwadze, nie może dziwić fakt, że dotychczas wydane tomy „Pet Shop of Horrors” zostały entuzjastycznie przyjęte przez coraz szersze grono fanów tego wyjątkowego tytułu. Czy to możliwe, że przed wieloma laty Akino Matsuri rzuciła na swoją mangę czar, który nadal sprawia, że z każdą naprawdę wspaniałą częścią, czytelnicy coraz bardziej kochają tę serię? A może to po prostu ta czarująca, „stara” kreska, fantastyczny klimat i interesujący bohaterowie? Bez względu na odpowiedź, mój stosunek do tej mangi najlepiej oddać jedną z jej stron: —>






czwartek, 6 marca 2014

Ouran High School Host Club tom 2 - Bisco Hatori



Tytuł: Ouran High School Host Club
Tom: 2
Autor: Bisco Hatori
Wydawca: JPF
Ilość stron: 180
Ocena: 5/6







Drugi tom Ouran High School Host Club to jeszcze więcej świetnej zabawy i zdrowego śmiechu, to niezapomniane chwile spędzone w towarzystwie szalonych przystojniaków i ich słodkiego absurdu. Nasi bohaterowie borykają się, bowiem z nie lada problemem, jaki stanowią okresowe badania lekarskie wykonywane dla czystej formalności, a jednak jakże istotne dla poprawnego funkcjonowania całej placówki szkolnej. Nie byłoby to może tak straszne gdyby nie fakt, iż uczennice liceum Ouran z rozkoszą podziwiają członków klubu hostów, którzy ku ich uciesze prezentują swoje nagie torsy. A więc tajemnica Haruhi wyda się wcześniej niż przypuszczano, czyż nie? Jak ukryć jej płeć, kiedy w około oczy licznych fanek będą skierowane właśnie na nią? W tym tomie otrzymujemy także zabawnie podaną historię bardzo młodego chłopca, który pragnąc sprawić przyjemność swojej drogiej koleżance decyduje się szukać pomocy w klubie hostów. Młody uczeń podstawówki Ouran sprawi nie mało problemów swoim nowym mentorom, ale bezsprzecznie będzie starał się osiągnąć swój cel najlepiej jak potrafi. Tylko czy mu się to uda? Całość mangi kończy krótka opowiastka pod tytułem: „Romantic Egoist”, która całkowicie odstaje od głównej fabuły tworząc odrębną, niezobowiązującą całość.

Odwiedzając mury prestiżowego liceum po raz kolejny czytelnik ma okazję przekonać się, że autorka stanowi skarbnicę pomysłów na komediowe sytuacje oraz abstrakcyjny sposób funkcjonowania kompleksu szkół Ouran. Poza liceum mamy tu również gimnazjum i szkołę podstawową, której „odrobina”, w postaci młodego ucznia piątej klasy, sieje spustoszenie w szeregach hostów i pośród wrażliwych klientek klubu. Fakt ten daje nam niezapomnianą okazję podziwiania Haruhi w stroju uczennicy gimnazjum, co niewątpliwie bardzo cieszy męską część załogi, oraz Honey’ego, jako dzieciaka z podstawówki, co nietrudno sobie wyobrazić. Nie jest to może rewolucyjnym pomysłem, który wprowadziłby do fabuły coś nowego, jednakże sprawia wielką radość, a to wydaje się najważniejsze w przypadku mangi takiej jak Ouran High School Host Club.


Co więcej, historie zawarte w tym tomie nie tylko bawią, ale również zaczynają przybliżać nam postaci, takie jak na przykład nierozłączni bliźniacy Hitachiin, których doprawdy nie tylko trudno rozróżnić, ale również rozgryźć. Ich zachowania mają w sobie element psychologiczny, który wskazuje na przywiązanie chłopców względem siebie, zbywanie śmiechem kłopotów i kłótni, które są nieuniknionym elementem wspólnego życia, jak również przyjaźni. Nie mniej jednak, nie łatwo odgadnąć, kiedy relacje między bliźniakami są rzeczywiście napięta, a kiedy stanowią ukartowaną zabawę, która ma za zadanie urozmaicić ich nudne dni codzienne. Autorka ukazuje nam również bliskość i siłę relacji pomiędzy Mitsukunim oraz Takashim, którzy będąc całkowitymi przeciwieństwami stanowią doprawdy rozkoszny duet. Chociaż ciężko w to uwierzyć, to nie do końca możemy być pewni słabszego psychicznie elementu w tej dwójce. Słodki i niewinny Honey może, bowiem zaskoczyć podobnie jak cichy, poważny Mori. Osobiście uwielbiam tę parę, która stanowi dla mnie esencję rozkoszy, słodyczy i ciepła.

Przy okazji drugiego tomu Ourana mamy możliwość kręcić nosem i narzekać, co w sytuacji, gdy mamy do czynienia z mangową „zapchaj dziurą” wydaje mi się dosyć oczywiste. O ile historia Haruhi i jej niesamowitych przyjaciół porwała mnie bez reszty, o tyle wcale nie podchodzę entuzjastycznie do zapełniania stron krótkim romansem, który niespecjalnie może interesować czytelników – mnie osobiście nie zainteresował. Jako że sięgnęłam po Ouran High School Host Club ze względu na jego komediowy charakter i nikłość miłosnych scen, nikogo nie może dziwić moja niechęć do łzawego onshota, który brutalnie kończy drugi tomik. Sądzę, iż równie dobrze autorka mogła rozpocząć kolejną historię klubu hostów by zakończyć ją w tomie trzecim. Niestety, jest to tylko moje pobożne życzenie, którego spełnienie jest już niemożliwe.

Mimo tego mało optymistycznego zakończenia z całego serca polecam Ouran High School Host Club po raz kolejny, jako że nic tak nie bawi i nie odpręża, jak abstrakcyjne scenki, nieskomplikowane poczucie humoru i naiwność niektórych bohaterów. Nie sposób nie pokochać mangi takiej, jak ta, a przecież autorka dopiero się rozkręca.



piątek, 7 lutego 2014

Kuroshitsuji tom 12 - Yana Toboso



Tytuł: Kuroshitsuji
Tom: 12
Autor: Yana Toboso
Wydawca: Waneko
Ilość stron: 194
Ocena: 5/6






Kiedy ożywiony przez Elitę Jutrzenki trup młodej kobiety zaczyna zabijać niewinnych, naiwnych ludzi, do akcji wkracza Ronald Knox – przesadnie entuzjastyczny Mroczny Żniwiarz. Jakkolwiek pomocny, jest także niezwykle uciążliwy, co zmusza Sebastiana i Ciela do rozdzielenia się. Niestety dochodzi do tego w możliwie najgorszym momencie, gdyż młody hrabia z pewnością potrzebuje swojego utalentowanego kamerdynera. Tak się mianowicie składa, że pokład Campanii pełen jest żądnych krwi, bezrozumnych bestii, które już rozpoczęły swoją masakryczną ucztę w przerażającym tempie zabijając pasażerów oraz załogę statku. Szalony eksperyment wymknął się całkowicie spod kontroli i teraz Ciel Phantomhive ma pełne ręce roboty dokładając wszelkich starań by ocalić nie tylko swoje życie, ale także swoją słodką narzeczoną. To jednak nie koniec atrakcji, jako że Campania płynie prosto na górę lodową, zaś na pokładzie pojawia się największa zmora Sebastiana.

O ile tom poprzedni był zaledwie przystawką dla fanów krwawych akcji z udziałem zombie, o tyle ten jest już daniem głównym, gdyż rubinowa posoka zalewa pokład statku, a ludzie umierają w męczarniach pożerani przez bezmyślne ożywione zwłoki. Naturalnie także zombie są licznie eliminowane przez garstkę co lepiej wyszkolonych jednostek, do których z pewnością warto zaliczyć naszego kamerdynera. Albowiem trafi nam się także okazja by rzucić okiem na istny taniec śmierci w wykonaniu Sebastiana. Prawdę mówiąc, dwunasty tom Kuroshitsuji należy chyba do najbardziej krwawych spośród wszystkich dotychczas wydanych, jako że tym razem wszelka brutalność nie wynika z szaleństwa, lojalności czy wdzięczności, jak miało to miejsce wcześniej, ale z czystej bezmyślności, której nie sposób nawet nazwać instynktem. Ta część serii naprawdę wymownie oddaje istotę istnienia zombie.


Nie ma wątpliwości, iż przy okazji tworzenia tego tomu Yana Toboso nawiązała bliską znajomość ze znanym każdemu, w mniejszym lub większym stopniu, filmem Titanic. Autorka bardzo wyraźnie podkreśla pewne wspólne dla filmu oraz tego epizodu mangi elementy – góra lodowa, rzut oka na bocianie gniazdo, panika ludzi z niższych pokładów pragnących wydostać się na górę, a nawet „romantyczna” scena na dziobie statku w wykonaniu wiadomego, odzianego na czerwono Żniwiarza oraz Ronalda. Cóż, w starciu między filmem, a mangą, Kuroshitsuji zdecydowanie wysuwa się na prowadzenie i bije na głowę romansidło z Leonardo DiCaprio. W tej chwili aż chce się zacytować fragment serialu Supernatural:

Dean: Why did you un-sink the ship?
Balthazar: Oh, because I hated the movie.
Dean: What movie?
Balthazar: Exactly!


Pośród hektolitrów ludzkiej i trupiej krwi wylanych w tym tomie, autorka nie zapomniała o odrobinie szlachetnych uniesień i odwagi. Ciel prezentuje się nam jako wątły, ale niezwykle odważny rycerzyk, który za wszelką cenę pragnie dotrzymać obietnicy i chronić swoją uroczą narzeczoną, nawet jeśli wymaga to lekko brutalnych środków polegających na zdzieraniu z biedaczki ubrania. Niestety, szlachetna pobudki to za mało by wygrać przeciwko całej chordzie trupów. Sytuacja jest więc opłakana, a serce zatrzymuje się w piersi. I właśnie w tym momencie autorka postawiła na zaskoczenie. Ja na pewno nie spodziewałam się, że nasza zawsze niewinna i dziecinna Lizzie jest kimś więcej, niż tylko słodką upierdliwością na głowie Ciela.

Tak więc, dwunasty tom Kuroshitsuji na pewno rekompensuje czytelnikowi słabszą poprzednią część i wnosi do mangi interesujący element nowości, jaki widzimy w ostatniej scenie. Osobiście jestem wielką zwolenniczką zmiany, jaka wtedy zaszła, zaś pewna uciążliwa osóbka zyskała wiele w moich oczach. Nigdy bym nie pomyślała, że zachowanie Lizzie wypływa po prostu z miłości do Ciela, nie zaś z wrodzonej dziecinności. Poza tym, zadowoleni powinni być także miłośnicy Grella, który wraca po długim czasie nieobecności i wcale się nie zmienił. Oj, robi się ciekawie.